Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serial. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lipca 2026

Zrzut #24

Kwartał zleciał nie wiadomo kiedy. Ale jest środek lata gdy wrzucam ten post, a długie dni dają takie fajne uczucie przestrzeni, na zewnątrz, bo aż chce się łazić, ale też w głowie, która jakoś chętniej przyjmuje rozmaite treści. Without further ado…

Strip down, rise up
Netflix

Ten dokument był na mojej liście “do obejrzenia” od chwili pojawienia się na Netflixie i odbicia się szerokim echem w pole dance’owym światku. I tym samym już 5 lat później dogoniłam ten autobus. O co zatem poszło? W studiu “S Factor” rozpoczyna się kurs początkujący emm... czegoś. W każdym razie w salce są rurki, a kobiety w różnym wieku mają na zajęciach odkryć swoją stłamszoną kobiecość, wyzwolić swoją wewnętrzną siłę, zrzucić bierzmo patriarchatu etc. Szybko się okazuje, że większość bohaterek ma za sobą traumy na tle seksualnym, a zajęcia są quasi grupową terapią mającą pomóc je przepracować i zostawić za sobą.

Tego wywlekania bólu i rozmawiania o nim jest naprawdę dużo, momentami oglądanie dokumentu robiło się aż nieznośne, bo to cierpienie w entourage'u reality-show, za często bardziej cringe’owe niż poruszające. Ta historia jest przeplatana jeszcze kilkoma innymi wątkami. Są opowieści artystyki aerialowej o tym jak ona zainspirowałą się stripteazerką Panterą i zaczęła lata temu uczyć sztuczek, oraz całym wątkiem Amy Bonds, doświadczonej pole dancerki, zawodniczki i trenerki. Opowieść o historii sportu, jego obecnej postaci, tego jak one go interpretują, triki pokazywane przez te dziewczyny, to jest totalnie highlight filmu. Gorzej, że jego główną osią jest ckliwie opowiedziana historia o ofiarach i to nieszczęsne studio. Wspomniałam o rurkach i tak, uczestniczkom kursu zdarza się na nie wejść, natomiast to bardziej przypomina miotanie się po podłodze / ścianie / wokół rurki w koronkowej bieliźnie niż pole dance, w który ja wsiąkłam.


The Pitt, sezon 1
HBO

I znowu sobie to zrobiłam, tj. oglądałam serial na rozciągnięte raty. Już pierwsze odcinki The Pitt dobrze wchodziły, ale jednak dopiero gdy nakręciła się fabularna sprężyna, utknęłam na dobre. Troszkę o generalnym kontekście: to serial o SORze w szpitalu w Pittsburgu. Epizody to kolejne godziny pracy dziennej zmiany i już sam fakt, że robota trwa 12 godzin, a odcinków jest 15, sugeruje, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Powiedzmy z grubsza, że ta cebula ma trzy warstwy: pacjenci, personel i medycyna.

Przypadki są rozmaite, zazwyczaj rozwiązują się dłużej niż 1 odcinek, a równolegle mamy kilkanaście “wlokących” się spraw. Przełączamy się między nimi w zabójczym tempie. Są ludzie o rozmaitym statusie, przekonaniach, potrzebach i oczekiwaniach. Byli tacy, co ich miałam ochotę walnąć i tacy, za którymi zamykały się drzwi a ja w duchu ich dopingowałam, aby wszystko dobrze się skończyło. I to by nie wystarczyło, gdyby nie cała ekipa grająca personel szpitala: mnóstwo świetnie napisanych i zagranych postaci, każda stanowiąca swój własny mikrokosmos. Mam crasha na dr. Franka Langdona, uwielbiam Danę Evans, dr. Robby to ordynator o jakim marzyłby każdy oddział szpitalny, fabularny czy realny, a Dennisa Whitakera bardzo chciałam przytulić. Każdy bohater sam w sobie to perełka, do tego z cudownie rozpisanymi, wielopoziomowymi relacjami z całą resztą. Whoosh, totalny sztos.

Co uderza w ostatni element: medycynę. Lekarzem nie jestem, więc mogę jedynie powiedzieć, że wyglądało to realistycznie: procedury, badania, ciągłe czekanie na coś, krew, flaki, niepewność, czasem porażająca bezradność. Momentami poziom ogaru personelu szpitala ociera się o competence porn, zwłaszcza gdy wjeżdża dr Abbott z mentalem prosto z frontu, a lekarze zaczynają mcgayverować kończący się sprzęt… ale wybaczę im to, bo to wciąż zajebiście dobrze wymyślony, zrealizowany i zagrany serial dramatyczny. Sezonie drugi, nadchodzę!

The Mind Illuminated
John Yates

I kolejna pozycja w ramach próby zdealowania z backlogiem. Do medytacji miałam sporo podejść na przestrzeni ostatnich kilku lat. Próbowałam z Headspace, próbowałam Insight Timerem, i choć jestem głęboko przekonana o jej pozytywnych wpływie na głowę, nie udało mi się zbudować trwałego nawyku. Znajomy zdecydowanie bardziej zaawansowany w siedzeniu na poduszce polecił mi tę pozycję i... whoa!

The Mind Illuminated to przede wszystkim “świecki” podręcznik medytacji. Podzielony na 10 etapów, ze szczegółowym opisem technik medytacyjnych, pojawiających się przeszkód, propozycji ogrania ich, aby wciąż przeć do ścieżce do... no właśnie, czego? Obserwowanie własnego oddechu z uporem maniaka okazuje się być drogą do lepszego poznania mechanizmów umysłu, a Yates, jako doktor neuronauki, wprowadza między kolejne etapy coraz bardziej złożone modele jaźni, stanowiące podstawę do dalszej pracy. Podręcznik wrzuca tylko tyle buddyjskiej filozofii, ile to niezbędne dla stworzenia kontekstu, czyniąc lekturę przystępną dla mnie, człowieka pozbawionego genu religii. Czy po lekturze zaczęłam medytować? Nie, ale czuję się dużo bardziej komfortowo z tym pomysłem aby ustawić timer na 10 minut, zamknąć oczy i zacząć słuchać świstu powietrza w nosie.

Z kontrowersji to są dwie. Pierwsza jest taka, że przy końcówce książka jednak nieco odlatuje. Kolejne rozdziały stają się coraz bardziej “hermetyczne”, nagromadzają się terminy odnoszące do kolejnych praktyk i doświadczeń. To jeszcze wzięłam na klatę. Podręcznika do algebry też nie da się czytać od środka. Przy dodatku odnośnie “Jhāna” (medytacyjny stan “flow”) mowa jest jednak o telepatii i słyszenia / widzenia świata zmysłami innych. Em.. no ok. Druga kontrowersja to taka, że pod koniec życia Yates został oskarżony o zdradzanie żony i usunięty z funkcji dyrektora buddyjskiej fundacji, którą założył. Em... ok. Wciąż spróbuję zastosować jego rady aby ułożyć sobie praktykę, a moralne rozkminki zostawię na moment, kiedy zacznie mi to przeszkadzać.

Odyseja
reż. Christopher Nolan

A to był z kolei spontan. Znajomy K. rzucił, że idzie w niedzielę o 10, a ja lubię i Grecję, i Nolana, to poszłam... i dowiedziałam się czemu tak mało ludzi chodzi do kina rano. Po spędzeniu blisko 4h w ciemnościach, z których poszliśmy siedzieć w knajpie w kącie bez okna, miałam poczucie, że cały dzień mi mignął. Ale do rzeczy. Odyseja jest piękna. Już od pierwszego kadru, gdy stary Odyseusz idzie bezludną plażą, aż do ostatniej sceny zachodu słońca. Otwierają ją słowa “w czasach, gdy rzekomo istniała magia” i tej realistycznie, naturalistycznie ujętej magii jest tu dużo, w końcu Odyseusz spotyka na swojej drodze rozmaite potwory a towarzyszy mu Atena. To pierwszy wątek, epicki (czasem nieco nieznośnie) epos z coraz wyraźniej przebijanym wątkiem traumy i odkupienia. Odyseusz nie tylko wraca do domu, on przed sobą i swoimi zbrodniami ucieka.

Drugi wątek to Telemach, syn oczekujący ojca, który bierze na siebie odpowiedzialność za przyszłość Itaki. Obserwujemy dojrzewanie młodego mężczyzny, stającego się równoważnym bohaterem opowieści. Jest fabuła jest prowadzona achronologicznie. Upadek Troi zobaczymy wielokrotnie, z różnych perspektyw, z różnymi emocjami, a płonący koń nabiera ciężaru znaczeń. Ja jestem z tych, co łatwo poruszyć historiami, i podczas Odysei nie raz nie dwa wyciągnęłam chusteczkę (jest osobny krąg piekła dla ludzi, którzy męczą pieski... skurwiele). Nom, to zgrabnie opowiedziane, nieco patetyczne miejscami, hollywoodzkie super widowisko.

No bo ciężko też nie wspomnieć o castingu, gwiazdorskim. Dobrze wszedł. Mogłabym wymieniać bez końca i wzdychać do kolejnych postaci, ale skoncentruję się na dwóch rzeczach. Robertowi Pattinsonowi cholernie do twarzy w roli skurwysyna. A babeczki w tej interpretacji klasyki wymiatają. Jest Penelopa, z zimną desperacją próbująca ograć patriarchalne zasady, jest Kirke, przewrotna ale mądra, jest Atena spojrzeniem wyrażająca więcej niż słowami. Długi to był seans, ale poruszający i zapadający w pamięć.

piątek, 13 marca 2026

Zrzut #23

Zamiast noworocznego otwarcia było noworoczne przygniecenie do ziemi. Ale idzie wiosna, krzaki na ogródku mi zaczęły się zielenić, tulipany przebijać pozostałości trawnika, a poskręcane drzewka puszczać pączki. Będzie dobrze 😊

W zwierciadle, niejasno
Jostein Gaarder

To była losówka. Dostałam zdjęcia siostrzenicy w paczce i nie miałam jak je przetransportować bezpiecznie z domu mamy, więc wyciągnęłam z półki książkę o pasującym rozmiarze i w niej przywiozłam fotki do siebie. Na okładce zachęcano “książka twórcy Świata Zofii”. Nie czytałam Świata Zofii, ale taką tam książkę dla młodzieży, zwłaszcza nie za długą, mogę wciągnąć.

Powieść szybko odsłania karty — śmiertelnie chora Cecylia leży w łóżku i rozmawia z aniołem. Im gorszy jej stan, dłuższe okresy maligny, tym bardziej fantastyczne zdarzenia mają miejsce w czasie ich spotkań. Mam wobec całości mieszane uczucia. Rozmowy to w dużej mierze dziewczynka próbująca wytłumaczyć aniołowi jak to jest być człowiekiem, co sprawia wrażenie wykładu z osobistej filozofii autora, jedynie zamiast ubranego w formę eseju, przyjmującego fabularyzowaną postać. Not crazy about this shit. Z drugiej strony, jej gaśnięcie jest pozbawione sentymentalizmu, opisane z wyczuciem i delikatnością. Niejasna jest również linia między wyobraźnią a codziennością, kolejna subtelność mocno podbijająca powieść w moich notowaniach. W ogólnym odczuciu: nie potrzebowałam wiedzieć co Gaarder myślał o bogu, choć historię utkał ładną.


Dziwne obrazki
Uketsu

Problemy z tą książką miałam od pierwszej strony i były to 2 rzeczy. Po pierwsze — analiza psychologiczna osoby na podstawie obrazka wezbrała we mnie falę sprzeciwu przeciw pop-psychologii i sobie to potrzebowałam zintelektualizować (“Wdech, wydech. To tylko stanowisko jednej bohaterki, nie muszę się z nim zgadzać…”). Po drugie — język powieści. A ten jest czasownikowy, bezpośredni i obdarty z niuansów. To jest w ogóle jakiś szerszy fenomen japońskich powieści tłumaczonych na polski i jest tam zaszyte coś między różnicami kulturowymi, a nieprzetłumaczalny niuansami języka. Tutaj dochodzi do tego to, że język jest traktowany technicznie, jako nośnik treści, na równi z wplatanymi w niego obrazkami, a nie składowa powieści.

Pierwszy trigger okazał się nieistotny dla treści powieści, drugi zepchnęła na drugi plan intryga. Bo ta kręci się dobrze! To 3 historie połączone ze sobą motywem przewodnim: ilustracjami sporządzonymi przez ofiary. Początkowo rozsypane puzzle różnych tropów elegancko wpadają na swoje miejsce w układance, aż do mocnego, choć nieco przeciągniętego zakończenia. Rzecz czyta się szybko, a obrazki między literkami do tego cieszą, nawet jeśli jest to jakaś tabelka. Ostatecznie wyszła z tego całkiem miła rzecz do pożarcia w 2-3 wieczory.

Wednesday, sezon 2
Netflix

Źle zrobiłam, że po pierwszych 3 odcinkach zawiesiłam oglądanie na jakieś trzy miesiące. Wątki mi się w głowie porwały, klimat zdążył się rozwiać. Ale ten sezon nie zaczął się dobrze. Stężenie wątków mnie skonfundowało, dorzucał do pieca teledyskowy montaż, a straszenie naprawdę straszyło. A jak już wiemy z wcześniejszych relacji (nowy Nosferatu 😱), straszenie w filmach znoszę naprawdę źle. Tylko, że źle bardzo źle, że przerwałam, bo po 4 odcinku zaczęło być… naprawdę dobrze.

Netflix podzielił sezon na dwie części i ta druga weszła już jak masło. Rozwiązał się jeden z 2 głównych wątków i fabuła zamiast pędzić na złamanie karku pozwoliła sobie zmeandrować w humorystyczne zakątki. To dalej nie jest szczyt scenariuszowego wysublimowania, ale teenage drama z Burtonowskim twistem, natomiast rozgościłam się w bohaterach i historii na tę chwilę przed zamknięciem sezonu cliffhangerem. To teraz kolejne 2 lata czekania czy coś? Oglądanie seriali to bardzo niewdzięczne zajęcie i to piszę to też jako obserwator cotygodniowej piątkowej gorączki związanej z nowym odcinkiem The Pitt (a do tego tematu w swoim czasie jeszcze wrócimy). Z innych: jest dużo bardziej campowo, więcej jest też rodziny Addamsów w całej swojej dziwaczności, wreszcie wrócili ciekawi bohaterowie z poprzedniego sezonu (Principal Weems!) a inni dostali więcej sceny na pokazanie swoich osobowości. Summa summarum: całkiem spoko rzecz, choć przyda się wyższa tolerancja na horror i zombie niż moja 😂

sobota, 1 listopada 2025

Zrzut #21

Dobra, lecimy z tym koksem.

Tajny klub nietypowych czarownic
Sangu Mandanna

Sama się o to prosiłam. Zażyczyłam sobie pojecajkę lektury przyjemnej i nieskomplikowanej, dokładnie taką dostałam, a potem męczyłam się nad kolejnymi stronami. Historia koncentruje się na młodej czarownicy o imieniu Mika (umówmy się, 31 kwalifikuje ją jeszcze jako “młodą”... prawda?) i gburliwym bibliotekarzu, Jamie. Są też inne postacie, jak chociażby tytułowa liczba mnoga czarownic, natomiast… nic się kurna w tej książce nie dzieje. Postacie kręcą się po domu, robią radośnie swoje codzienne sprawunki i toczą miłe konwersacje, słodka tak, że aż mdła, Mika podrywa Jamiego, Jamie podrywa Mikę i tak przez 300 stron aby dopiero na 30 ostatnich pojawił się jakiś plot. Dorzucę do tej puli pretensjonalny język i czułam się jakbym czytała fanfik napisany przez nastolatkę dla innych nastolatek i wrzucony na jakimś forum. Jeśli dokładnie tego potrzebujesz, to może pyknie, ja się tylko utwierdziłam w przekonaniu, że cieszą mnie historie z zaszytym pod poszewką mrokiem, a nie pisane ekwiwalenty lodów waniliowych.




Neural Viz
Josh Wallace Kerrigank

Próbowałam wyrwać się z trywialnego świata czarownicy Miki i w efekcie wpadłam w króliczą norę dziwacznego świata wykreowanego na kanale Neural Viz. Filmy na kanale są generowane za pomocą narzędzi AI, choć scenariusze pisze człowiek. Człowiek o bardzo specyficznym poczuciu humoru. Jest deadpanowato i surrealistycznie, a przemożne wrażenie “nie wiem na co paczę ale nie chcę przestać” podbija wariacka strefa wizualna. Większość filmików toczy się w świecie Gluronów, którzy zamieszkują Ziemie po katakliźmie, który wyrżnął całą ludzkość. Te alienowate stwory wciągają sproszkowane zęby, wyznają wiarę w Monolit, mający w ich świecie władzę absolutną, i ekspolorują różne wątki tajemniczego świata mitycznych ludzi. Storyline’ów jest kilka, rozwijają się z czasem, choć jest też parę one-offów niezwiązanych z Gluronami. Na wskoczenie do tego pociągu polecam 10-cio minutowy The Adventures of Reemo Green, najdłuższy, najładniejszy i z najbardziej rozbudowanym plotem. A jak wam kliknie to jest spora szansa, że i reszta się przyjmie.

sobota, 11 października 2025

Zrzut #20

Miałam dłuższy urlop, który spędziłam trochę na czytaniu, ale bardziej na ogarnianiu backloga rzeczywistości. No i jednak lato, więc raczej wymykam się na zewnątrz, gdy tylko mam przestrzeń, niż siedzę z nosem w literach czy ekranach. Coś tam jednak przeleciałam i o tym niżej. A seriale (Wednesday i Sandman) poczekają sobie jeszcze chwilę na obejrzenie, na jesienne wieczory.

Haunt sweet home
Sarah Pinsker

Ah, jakie to było ładne. To pierwsza dłuższa forma od Sarah, którą miałam okazję przeczytać. Wciąż przy tym nie za długa, ot taka nieduża powieść. Natomiast autorka rozwija skrzydła i puszcza luźno lejce wyobraźni, zamiast jednego dominującego wątku, dostarczając ich już kilka, zgrabnie się przeplatających. Motywem przewodnim jest tytułowy “Haunt sweet home” czyli TV show o… nawiedzonych domach. Nowi właściciele wprowadzają się do nowego lokum, w którym za dnia przeprowadzają remont, pieczołowicie raportowany przez kamerę, a w nocy, no cóż, straszy. Nie będzie specjalnym spojlerem gdy napiszę, że główna bohaterka, dopiero co zatrudniona jako asystentka produkcji, ma na liście obowiązków pomaganie w straszeniu, gdy lokalne duchy nie są wystarczająco kooperatywne. Oczywiście sprawy wymkną się spod kontroli, natomiast w charakterystyczny dla Sarah, uroczy sposób. Tutaj nawet gdy jest strasznie, jest ciepło i zabawnie. Do tego niejednoznaczni bohaterowie, sporo codziennej i niecodziennej magii i dostajemy fantastyczny koktajl do pochłonięcia w jeden weekend.




The Analytics Edge
Dimitris Bertsimas, Allison K. O’Hair, William R. Pulleyblank

Coś z kompletnie innej beczki, bo przeczytałam książkę powiedzmy, że zawodową. Wracam do pracy z danymi i aby się zainspirować przed nową pracą, przeczytałam pozycję, którą dostałam jako mid-level analityk blisko 10 lat temu. Książka to przede wszystkim 20 różnych use-casów analitycznych, ale jest też krótkie przejście teoretyczne przez stosowane metodologie oraz część praktyczna, z zadaniami, w których można ściągnąć podlinkowane przez autorów dane i pokodzić różne problemy. Ciężko ją przy tym nazwać podręcznikiem dla analityków. Opisywane przykłady dotyczą branż od Sasa do lasa, jest i opieka zdrowia, i optymalizacje w branży lotniczej, i nudne jak flaki z olejem problemy wyceny aktywów finansowych. Jest różnorodnie, ale płytko, autorzy wchodzą na większy poziom detali (przezornie oznaczając te sekcje gwiazdką) tylko w przypadku niektórych problemów optymalizacyjnych, podpowiadając jak ustawiono problem, nie mówiąc nic o uzyskaniu rozwiązania. Książka była wykorzystywana w kursie na studiach MBA i to chyba to najlepiej opisuje jej target: menedżerowie w organizacjach gdzieś obok działów analitycznych, którzy chcieliby zrozumieć cokolwiek z tego co tam się dzieje. Dla mnie była momentami ciekawa, miejscami frustrująca, kilka razy żmudna. No i ciężko ją, ze względu na temat, nazwać lekką lekturą.

1670, sezon 2
Netflix

W finale sezonu się popłakałam, i choć praktykę przeżywania dramatycznych momentów mam już dobrze ugruntowaną, to jednak mówi to całkiem sporo o tym, jak zmorfował serial. Dalej jest to przede wszystkim komedia, jednak akcent się przesunął na pogłębienie postaci i stworzenie bardziej zniuansowanej, ciągłej historii. Poprzedni sezon był galopem gagów, wspaniale przerzucający współczesność w barokowy anturaż. W drugim, tak skonstruowany jest chyba tylko pierwszy epizod… I miałam z nim problem, bo jakby nie był już tak śmieszny. Obejrzałam drugi odcinek, ale też nie porwał, i wietrzyłam już nosem zużycie formatu. Z przyjemnością konstatuję obecnie, że to było niezrozumienie tej zmiany. Kolejne historie, bohaterowie, marzenia i dramaty i kurczę, dalej jest śmiesznie ale bywa i smutno i przejmująco, a śmiech nierzadko nie wynika z dowcipu ale radości. W ciekawe miejsce poszło 1670, a zważywszy na mocno otwarte zakończenie oraz już zakontraktowany trzeci sezon, kurde, wracam do czekania na nowe odcinki!

sobota, 5 października 2024

Zrzut #14

Urlop! Miałam trzy tygodnie wolnego, wykorzystałam je głównie na szwędanie się po dwóch lubianych i jednym nowym miejscu, ale znalazło się dzięki temu także trochę więcej przestrzeni do czytania i oglądania 😊

Obok tego co poniżej opisałam, byłam w kinie na reżyserskiej wersji Czasu Apokalipsy (Apocalypse Now. Final Cut). Nie będę się rozpisywać bo to klasyczek, natomiast po latach wciąż robi piorunujące wrażenie. Film na nieco ponad trzy godziny przykuł mnie do ekranu, choć w siedzenie na dupie i oglądanie rzeczy jestem zdecydowanie słaba. A jeszcze długo po w uszach wibrował mi dźwięk śmigieł helikopterów, a przed oczami miałam sugestywne obrazy. Groza, ale jaka doskonała.

Tak działa mózg. Jak mądrze dbać o jego funkcjonowanie
dr Asia Podgórska

Na pierwszy rzut, najbardziej wymagająca z opisywanych pozycji. To nawet nie jest książka popularnonaukowa, ale podręcznik neurobiologii i neurochemii z obszernym fragmentem dotyczącym medycyny stylu życia. A że ze wszystkimi tymi obszarami moja relacja jest raczej luźna, to internalizacja tego, co się tutaj dzieje, nie przychodziła łatwo. Na początku autorka opisuje budowę mózgu, przybliża funkcjonowanie neuroprzekaźników. Po pierwsze: jej wiedza w temacie jest obszerna i dobrze ustrukturyzowana, po drugie jednak: zabrakło grafik, które by pomogły wytłumaczyć te solidne dwieście stron biologii i chemii. Druga część książki jest tytułowym dbaniem o mózg i tutaj i język robi się lżejszy, a temat łatwiej strawny. W jaki sposób używki, sen, dieta czy ruch wpływają na jego sprawność? Doktor wykorzysta to co opisała wcześniej do przybliżenia mechanizmów stojących za neurodegeneracją, obszerne fragmenty poświęcając Alzheimerowi i zaburzeniom depresyjnym. Odnalazłam się w tym i kilka głupot nie zrobiłam bo powstrzymała mnie troska o mój mózg. Trochę też więcej mam teraz dla siebie wyrozumiałości, bo czasem te głupoty to nie mój stoicki rozum, ale miotająca mną chemiczna zupa.

Książkę z uwagi na temat wg mnie zdecydowanie warto przeczytać a jej “take away” są do zastosowania na już. Natomiast potrzebowałaby agresywniejszej redakcji, która by ten ocean faktów objęła narracją. Widać też było, że niektóre fragmenty były przesuwane, ale już nie zadbano o prawidłowe zaadresowanie odnośników (np. pada “wspomniane już astrocyty”, choć komórki glejowe są wprowadzone kilkadziesiąt stron dalej), zdarzały się akapity z umykającym logicznym sensem, bo jakby zabrakło zdania pomiędzy albo wepchnięto jakieś inne. Dr ex-Podgórska (teraz już Wojsiat) ma już zakontraktowaną drugą książkę i sięgnę po nią, natomiast mam nadzieję, że wydawnictwo rzuci więcej kasy w post-produkcję.

Miliard lat przed końcem świata
Arkadij Strugacki, Borys Strugacki

Męczę niezmiennie w każdy wyjazd kolejne pozycje z antologii braci Strugackich, tym razem w 3 dni pożerając to nieco dłuższe opowiadanie. Miliard lat… to kameralna historia, akcja rozgrywa się w dwóch mieszkaniach, w przeciągu jakichś, hehehe, 3 dni. Ciężko mi nawet powiedzieć aby to było science-fiction, bo element fantastyczny jest tu jedynie subtelnie zarysowany, skręcając bardziej w stronę absurdu rodem z Procesu Kafki niż pełnoprawnej fantastyki do jakiej u braci przywykłam.

Mamy grupę naukowców, którym przytrafia się seria niecodziennych sytuacji. W tle jest jeszcze radziecka Rosja i smaczki rodem z PRLu, okraszone ciętym dowcipem, a jakby tego było mało, główny bohater zajmuje się matematyką! Wpadłam w tę historię jak śliwka w kompot. Potem jednak było gorzej, bo solidna ⅓ treści to dywagacje próbujące wytłumaczyć wcześniejsze wydarzenia. Pali się papierosy, pije i gada gada gada… I gdy wydawało się, że już nic tej historii nie uratuje, pojawiła się ciekawa damska postać i wreszcie mocne zakończenie. Podsumowując, nierówna rzecz i raczej do pominięcia na rzecz dużo lepszych Piknik na skraju drogi i Poniedziałek zaczyna się w sobotę.

U-Boot
Jean-Yves Delitte

Ten komiks był prezentem dla pewnego fana U-Botów, ale tak wyszło, że i ja miałam okazję go przeczytać. To typ opowieści, którego raczej unikam: oparta na prawdziwych wydarzeniach ekstrapolacja w alternatywną rzeczywistość (chociaż taki Lód… hm…). Tutaj mamy snapshop z losów jednej hitlerowskiej łodzi podwodnej, będącą “zwornikiem sklepienia” dla kilkunastu różnych historii. Autor skacze między miejscami i czasami, nierzadko na sąsiednich stronach. Rozkręca się to to jak rasowy geist movie, aby po 2 (z 4) zeszytów wątki zaczęły ładnie składać się do kupy… I wtedy mamy wprowadzonych kolejnych bohaterów, kolejne plot twisty, aż do okrutnie najebanego akcją finału, gdzie wiarę poszłam i zawiesiłam na kołku w korytarzu. Wygląda to trochę tak jakby zeszytów miało być 6 i trzeba było dopychać kolanem, albo w szale piętrzenia kolejnych poziomów intrygi autor się zapędził i nie umiał ładnie wybrnąć.

Komiks to “klasyczna francuska szkoła”, aczkolwiek na zauważenie zasługuje pietyzm w malowaniu statków, wodnych i powietrznych. Wspomniany już fan był w stanie nazwać modele występujących tam samolotów, a na łodzi podwodnej kolejne ujęcia były spójne przestrzennie (np. obok drzwi zawsze była konkretna wajcha, a kokpit miał te same wajchy… takie tam zwyrolskie zabawy). Całość to dzieło z klasy: “No, można przeczytać”.

People Watching
Cracked

Mam skrzywienie w stronę treści, które początkowo wyglądają na zabawne, aby zacząć w trakcie ryć ci głowę, kończąc w kompletnie nieoczekiwanym miejscu i zostawiając z poczuciem dyskomfortu. Tak, to o tobie też, John Oliver’s Last Week Tonight. W każdym razie, w tę kategorię spokojnie mogę wrzucić opisywane jakiś czas temu Subnormality, ale też inny projekt Winstona Rowntree, czyli People Watching. To serial animowany zrealizowany z portalem Cracked, dostępny z całości na YouTube. Fabularnie to 2 sezony po 10 odcinków, każdy po ~10 minut. Natomiast, mimo “szybkiego” formatu, to tak bardzo nie jest to do zbinge’owania. Po każdym odcinku potrzebowałam zrobić pauzę.

Będzie o depresji, niedostosowaniu społecznym, zagubieniu. Bywa mrocznie, choć są też odcinki nostalgiczne, zostawiające nas z pozytywnym przesłaniem i dające nadzieję, że mimo całego gówna, kiedyś będzie ok. Bohaterowie wypluwają z siebie ściany tekstu tworząc rozgorączkowaną narrację, wciągając nas w spiralę swoich myśli. I jeśli są progi wejście do tego serialu to język jest zdecydowanie jednym z nich. Już w Subnormality WR odjeżdżał leksykalnie, a tutaj jest to samo ale wypowiadane z tempem karabinu maszynowego. Włączyłam napisy. Po polsku. Kurczę, to takie wyświechtane hasło, ale ciężko przejść obok People Watching obojętnie. Mocna, dobra rzecz.

środa, 26 czerwca 2024

Zrzut #12

Zerknęłam na datę poprzedniego wpisu i… no poszło. To było kilka mrocznych miesięcy. Za dużo pracy, za dużo nerwów, wróciły stare demony. Nie ustaje w nadziei, że teraz już będzie ok, że zbliżam się do poukładania sobie klocków w głowie i kiedyś wreszcie będzie normalnie.

Ej, nagrałem ci się
Andrzej Tucholski

Moje zaangażowanie w słuchanie tego serialu audio było na krzywej sinusoidy. Zabierałam się do niego jakoś niewspółmiernie długo do trudności odbioru, potem pożarłam pierwszy sezon, aby w drugi mieć poczucie fabuły kręcącej się w kółko i zmęczenia pewnymi aktorskimi manieryzmami Andrzeja Tuchoslkiego, aby zachłysnąć się ostatnim sezonem, finałowym plot twistem i zakończeniem. A o czym mówię? O kilkudziesięciu nagraniach, trwającymi po kilka minut, w których główny bohater nagrywa wiadomość (powiedziałabym: na automatycznej sekretarce, ale że rzecz dzieje się w 2022 to na… messengerze?) do znajomej o kilkanaście stref czasowych od warszawskiej. Nie słyszymy jej głosu, ale narracja jest prowadzona na tyle zgrabnie, że nie przeszkadza to w zrozumieniu ciągu zdarzeń. A w tle — emocjonalny kocioł codzienności. Rozstania i zejścia, samotność i przyjaźń (chyba nie zdradzę za dużo jak powiem, że także ta rodząca się między bohaterami), “work life balance” i próby poukładania tych puzzli, odnalezienia w tym chaosie siebie. Kurde, ładna rzecz. Tucholski nie ucieka od trudnych rozkmin, ale mówi o nich z humorem, ciepłem tonem, tworząc w efekcie dobrze zbalansowaną nowelę obyczajową. Całość jest dostępna na platformach podcastowych za friko.

Dzieje polskiej wsi
Polityka

Z kompletnie innej półki, dodatek historyczny do Polityki pochylający się nad falą nie takiej nowej chłopomanii, przybliżający historię ludu i rozbierający związane ze wsią i jej mieszkańcami mity. Nie jestem historycznym nerdem a moja wiedza historyczna jest, jak już przy poprzednim dodatku, o Bizancjum, pisałam, co najwyżej fragmentaryczna, stanowiąca radosny kolaż tego co jeszcze pamiętam ze szkoły oraz przeczytanych co niegdzie wiedzonek. I jakaż to doskonała rzecz! Trochę układa chronologię, trochę buduje spójne narracje wokół wybranych tematów (jak kształtowanie się pańszczyzny czy chłopska mentalność), trochę jest tam ciekawostek (jak można było na lewo z chłopa stać się szlachcicem?). Zbiór dłuższych artykułów rozmaitych autorów, dziennikarzy oraz badaczy, jak to zbiór, bywa nierówny, jednak jako całość zdecydowanie jest warty polecenia.

Pst. Lektura przy okazji nasunęła mi myśl, że moi dziadkowie mieli super moc rośnięcia warzyw, która pozwoliła im się przenieść z kilkoma walizkami z Husiatyna do Obornik Śląskich i na kilku akrach ziemi przeżyć. Mi tymczasem na parapecie właśnie pada kolendra z supermarketu. Dziadku, babciu, szacunek!