Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lipca 2026

Zrzut #24

Kwartał zleciał nie wiadomo kiedy. Ale jest środek lata gdy wrzucam ten post, a długie dni dają takie fajne uczucie przestrzeni, na zewnątrz, bo aż chce się łazić, ale też w głowie, która jakoś chętniej przyjmuje rozmaite treści. Without further ado…

Strip down, rise up
Netflix

Ten dokument był na mojej liście “do obejrzenia” od chwili pojawienia się na Netflixie i odbicia się szerokim echem w pole dance’owym światku. I tym samym już 5 lat później dogoniłam ten autobus. O co zatem poszło? W studiu “S Factor” rozpoczyna się kurs początkujący emm... czegoś. W każdym razie w salce są rurki, a kobiety w różnym wieku mają na zajęciach odkryć swoją stłamszoną kobiecość, wyzwolić swoją wewnętrzną siłę, zrzucić bierzmo patriarchatu etc. Szybko się okazuje, że większość bohaterek ma za sobą traumy na tle seksualnym, a zajęcia są quasi grupową terapią mającą pomóc je przepracować i zostawić za sobą.

Tego wywlekania bólu i rozmawiania o nim jest naprawdę dużo, momentami oglądanie dokumentu robiło się aż nieznośne, bo to cierpienie w entourage'u reality-show, za często bardziej cringe’owe niż poruszające. Ta historia jest przeplatana jeszcze kilkoma innymi wątkami. Są opowieści artystyki aerialowej o tym jak ona zainspirowałą się stripteazerką Panterą i zaczęła lata temu uczyć sztuczek, oraz całym wątkiem Amy Bonds, doświadczonej pole dancerki, zawodniczki i trenerki. Opowieść o historii sportu, jego obecnej postaci, tego jak one go interpretują, triki pokazywane przez te dziewczyny, to jest totalnie highlight filmu. Gorzej, że jego główną osią jest ckliwie opowiedziana historia o ofiarach i to nieszczęsne studio. Wspomniałam o rurkach i tak, uczestniczkom kursu zdarza się na nie wejść, natomiast to bardziej przypomina miotanie się po podłodze / ścianie / wokół rurki w koronkowej bieliźnie niż pole dance, w który ja wsiąkłam.


The Pitt, sezon 1
HBO

I znowu sobie to zrobiłam, tj. oglądałam serial na rozciągnięte raty. Już pierwsze odcinki The Pitt dobrze wchodziły, ale jednak dopiero gdy nakręciła się fabularna sprężyna, utknęłam na dobre. Troszkę o generalnym kontekście: to serial o SORze w szpitalu w Pittsburgu. Epizody to kolejne godziny pracy dziennej zmiany i już sam fakt, że robota trwa 12 godzin, a odcinków jest 15, sugeruje, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Powiedzmy z grubsza, że ta cebula ma trzy warstwy: pacjenci, personel i medycyna.

Przypadki są rozmaite, zazwyczaj rozwiązują się dłużej niż 1 odcinek, a równolegle mamy kilkanaście “wlokących” się spraw. Przełączamy się między nimi w zabójczym tempie. Są ludzie o rozmaitym statusie, przekonaniach, potrzebach i oczekiwaniach. Byli tacy, co ich miałam ochotę walnąć i tacy, za którymi zamykały się drzwi a ja w duchu ich dopingowałam, aby wszystko dobrze się skończyło. I to by nie wystarczyło, gdyby nie cała ekipa grająca personel szpitala: mnóstwo świetnie napisanych i zagranych postaci, każda stanowiąca swój własny mikrokosmos. Mam crasha na dr. Franka Langdona, uwielbiam Danę Evans, dr. Robby to ordynator o jakim marzyłby każdy oddział szpitalny, fabularny czy realny, a Dennisa Whitakera bardzo chciałam przytulić. Każdy bohater sam w sobie to perełka, do tego z cudownie rozpisanymi, wielopoziomowymi relacjami z całą resztą. Whoosh, totalny sztos.

Co uderza w ostatni element: medycynę. Lekarzem nie jestem, więc mogę jedynie powiedzieć, że wyglądało to realistycznie: procedury, badania, ciągłe czekanie na coś, krew, flaki, niepewność, czasem porażająca bezradność. Momentami poziom ogaru personelu szpitala ociera się o competence porn, zwłaszcza gdy wjeżdża dr Abbott z mentalem prosto z frontu, a lekarze zaczynają mcgayverować kończący się sprzęt… ale wybaczę im to, bo to wciąż zajebiście dobrze wymyślony, zrealizowany i zagrany serial dramatyczny. Sezonie drugi, nadchodzę!

The Mind Illuminated
John Yates

I kolejna pozycja w ramach próby zdealowania z backlogiem. Do medytacji miałam sporo podejść na przestrzeni ostatnich kilku lat. Próbowałam z Headspace, próbowałam Insight Timerem, i choć jestem głęboko przekonana o jej pozytywnych wpływie na głowę, nie udało mi się zbudować trwałego nawyku. Znajomy zdecydowanie bardziej zaawansowany w siedzeniu na poduszce polecił mi tę pozycję i... whoa!

The Mind Illuminated to przede wszystkim “świecki” podręcznik medytacji. Podzielony na 10 etapów, ze szczegółowym opisem technik medytacyjnych, pojawiających się przeszkód, propozycji ogrania ich, aby wciąż przeć do ścieżce do... no właśnie, czego? Obserwowanie własnego oddechu z uporem maniaka okazuje się być drogą do lepszego poznania mechanizmów umysłu, a Yates, jako doktor neuronauki, wprowadza między kolejne etapy coraz bardziej złożone modele jaźni, stanowiące podstawę do dalszej pracy. Podręcznik wrzuca tylko tyle buddyjskiej filozofii, ile to niezbędne dla stworzenia kontekstu, czyniąc lekturę przystępną dla mnie, człowieka pozbawionego genu religii. Czy po lekturze zaczęłam medytować? Nie, ale czuję się dużo bardziej komfortowo z tym pomysłem aby ustawić timer na 10 minut, zamknąć oczy i zacząć słuchać świstu powietrza w nosie.

Z kontrowersji to są dwie. Pierwsza jest taka, że przy końcówce książka jednak nieco odlatuje. Kolejne rozdziały stają się coraz bardziej “hermetyczne”, nagromadzają się terminy odnoszące do kolejnych praktyk i doświadczeń. To jeszcze wzięłam na klatę. Podręcznika do algebry też nie da się czytać od środka. Przy dodatku odnośnie “Jhāna” (medytacyjny stan “flow”) mowa jest jednak o telepatii i słyszenia / widzenia świata zmysłami innych. Em.. no ok. Druga kontrowersja to taka, że pod koniec życia Yates został oskarżony o zdradzanie żony i usunięty z funkcji dyrektora buddyjskiej fundacji, którą założył. Em... ok. Wciąż spróbuję zastosować jego rady aby ułożyć sobie praktykę, a moralne rozkminki zostawię na moment, kiedy zacznie mi to przeszkadzać.

Odyseja
reż. Christopher Nolan

A to był z kolei spontan. Znajomy K. rzucił, że idzie w niedzielę o 10, a ja lubię i Grecję, i Nolana, to poszłam... i dowiedziałam się czemu tak mało ludzi chodzi do kina rano. Po spędzeniu blisko 4h w ciemnościach, z których poszliśmy siedzieć w knajpie w kącie bez okna, miałam poczucie, że cały dzień mi mignął. Ale do rzeczy. Odyseja jest piękna. Już od pierwszego kadru, gdy stary Odyseusz idzie bezludną plażą, aż do ostatniej sceny zachodu słońca. Otwierają ją słowa “w czasach, gdy rzekomo istniała magia” i tej realistycznie, naturalistycznie ujętej magii jest tu dużo, w końcu Odyseusz spotyka na swojej drodze rozmaite potwory a towarzyszy mu Atena. To pierwszy wątek, epicki (czasem nieco nieznośnie) epos z coraz wyraźniej przebijanym wątkiem traumy i odkupienia. Odyseusz nie tylko wraca do domu, on przed sobą i swoimi zbrodniami ucieka.

Drugi wątek to Telemach, syn oczekujący ojca, który bierze na siebie odpowiedzialność za przyszłość Itaki. Obserwujemy dojrzewanie młodego mężczyzny, stającego się równoważnym bohaterem opowieści. Jest fabuła jest prowadzona achronologicznie. Upadek Troi zobaczymy wielokrotnie, z różnych perspektyw, z różnymi emocjami, a płonący koń nabiera ciężaru znaczeń. Ja jestem z tych, co łatwo poruszyć historiami, i podczas Odysei nie raz nie dwa wyciągnęłam chusteczkę (jest osobny krąg piekła dla ludzi, którzy męczą pieski... skurwiele). Nom, to zgrabnie opowiedziane, nieco patetyczne miejscami, hollywoodzkie super widowisko.

No bo ciężko też nie wspomnieć o castingu, gwiazdorskim. Dobrze wszedł. Mogłabym wymieniać bez końca i wzdychać do kolejnych postaci, ale skoncentruję się na dwóch rzeczach. Robertowi Pattinsonowi cholernie do twarzy w roli skurwysyna. A babeczki w tej interpretacji klasyki wymiatają. Jest Penelopa, z zimną desperacją próbująca ograć patriarchalne zasady, jest Kirke, przewrotna ale mądra, jest Atena spojrzeniem wyrażająca więcej niż słowami. Długi to był seans, ale poruszający i zapadający w pamięć.

piątek, 13 marca 2026

Zrzut #23

Zamiast noworocznego otwarcia było noworoczne przygniecenie do ziemi. Ale idzie wiosna, krzaki na ogródku mi zaczęły się zielenić, tulipany przebijać pozostałości trawnika, a poskręcane drzewka puszczać pączki. Będzie dobrze 😊

W zwierciadle, niejasno
Jostein Gaarder

To była losówka. Dostałam zdjęcia siostrzenicy w paczce i nie miałam jak je przetransportować bezpiecznie z domu mamy, więc wyciągnęłam z półki książkę o pasującym rozmiarze i w niej przywiozłam fotki do siebie. Na okładce zachęcano “książka twórcy Świata Zofii”. Nie czytałam Świata Zofii, ale taką tam książkę dla młodzieży, zwłaszcza nie za długą, mogę wciągnąć.

Powieść szybko odsłania karty — śmiertelnie chora Cecylia leży w łóżku i rozmawia z aniołem. Im gorszy jej stan, dłuższe okresy maligny, tym bardziej fantastyczne zdarzenia mają miejsce w czasie ich spotkań. Mam wobec całości mieszane uczucia. Rozmowy to w dużej mierze dziewczynka próbująca wytłumaczyć aniołowi jak to jest być człowiekiem, co sprawia wrażenie wykładu z osobistej filozofii autora, jedynie zamiast ubranego w formę eseju, przyjmującego fabularyzowaną postać. Not crazy about this shit. Z drugiej strony, jej gaśnięcie jest pozbawione sentymentalizmu, opisane z wyczuciem i delikatnością. Niejasna jest również linia między wyobraźnią a codziennością, kolejna subtelność mocno podbijająca powieść w moich notowaniach. W ogólnym odczuciu: nie potrzebowałam wiedzieć co Gaarder myślał o bogu, choć historię utkał ładną.


Dziwne obrazki
Uketsu

Problemy z tą książką miałam od pierwszej strony i były to 2 rzeczy. Po pierwsze — analiza psychologiczna osoby na podstawie obrazka wezbrała we mnie falę sprzeciwu przeciw pop-psychologii i sobie to potrzebowałam zintelektualizować (“Wdech, wydech. To tylko stanowisko jednej bohaterki, nie muszę się z nim zgadzać…”). Po drugie — język powieści. A ten jest czasownikowy, bezpośredni i obdarty z niuansów. To jest w ogóle jakiś szerszy fenomen japońskich powieści tłumaczonych na polski i jest tam zaszyte coś między różnicami kulturowymi, a nieprzetłumaczalny niuansami języka. Tutaj dochodzi do tego to, że język jest traktowany technicznie, jako nośnik treści, na równi z wplatanymi w niego obrazkami, a nie składowa powieści.

Pierwszy trigger okazał się nieistotny dla treści powieści, drugi zepchnęła na drugi plan intryga. Bo ta kręci się dobrze! To 3 historie połączone ze sobą motywem przewodnim: ilustracjami sporządzonymi przez ofiary. Początkowo rozsypane puzzle różnych tropów elegancko wpadają na swoje miejsce w układance, aż do mocnego, choć nieco przeciągniętego zakończenia. Rzecz czyta się szybko, a obrazki między literkami do tego cieszą, nawet jeśli jest to jakaś tabelka. Ostatecznie wyszła z tego całkiem miła rzecz do pożarcia w 2-3 wieczory.

Wednesday, sezon 2
Netflix

Źle zrobiłam, że po pierwszych 3 odcinkach zawiesiłam oglądanie na jakieś trzy miesiące. Wątki mi się w głowie porwały, klimat zdążył się rozwiać. Ale ten sezon nie zaczął się dobrze. Stężenie wątków mnie skonfundowało, dorzucał do pieca teledyskowy montaż, a straszenie naprawdę straszyło. A jak już wiemy z wcześniejszych relacji (nowy Nosferatu 😱), straszenie w filmach znoszę naprawdę źle. Tylko, że źle bardzo źle, że przerwałam, bo po 4 odcinku zaczęło być… naprawdę dobrze.

Netflix podzielił sezon na dwie części i ta druga weszła już jak masło. Rozwiązał się jeden z 2 głównych wątków i fabuła zamiast pędzić na złamanie karku pozwoliła sobie zmeandrować w humorystyczne zakątki. To dalej nie jest szczyt scenariuszowego wysublimowania, ale teenage drama z Burtonowskim twistem, natomiast rozgościłam się w bohaterach i historii na tę chwilę przed zamknięciem sezonu cliffhangerem. To teraz kolejne 2 lata czekania czy coś? Oglądanie seriali to bardzo niewdzięczne zajęcie i to piszę to też jako obserwator cotygodniowej piątkowej gorączki związanej z nowym odcinkiem The Pitt (a do tego tematu w swoim czasie jeszcze wrócimy). Z innych: jest dużo bardziej campowo, więcej jest też rodziny Addamsów w całej swojej dziwaczności, wreszcie wrócili ciekawi bohaterowie z poprzedniego sezonu (Principal Weems!) a inni dostali więcej sceny na pokazanie swoich osobowości. Summa summarum: całkiem spoko rzecz, choć przyda się wyższa tolerancja na horror i zombie niż moja 😂

piątek, 5 grudnia 2025

Zrzut #22

Dobra, lecimy z tym koksem.

We are satellites
Sarah Pinsker

Mój stosunek do tej książki ewoluował. Zaczęła się od wolno narastającego napięcia, kiedy to rozsiadałam się z nią wygodnie na kanapie, delektując dobrze już znaną Sarahową atmosferą. Jednak po dojściu do pierwszego momentu kulminacyjnego, zamiast jakiejś formy rozwiązania dostałam zerwanie wątku. Im dalej w las, tym większe miałam poczucie braku balansu pomiędzy czterema różnymi perspektywami, aż do ostatnich może 25% (czytałam powieść na Kindle’u), kiedy to historia się zgrabnie ponownie poskaładała, postacie zniuansowały, a w szerszym spektrum szarości, nabrały charakteru i tożsamości. Ostatnie strony czytałam z zachwytem. I ulgą, bo nie zdradzę wiele, jeśli powiem, że tam będzie szczęśliwe zakończenie.

Na poziomie faktów: We are satellites to historia querrowej rodziny, podzielonej przez nową technologię wszczepów, pozwalającą na “funcjonalny multistasking”. Powieść pozycjonowałabym jako low-sf, mogłaby się wydarzyć już za kilka lat, to jednak wciąż bardziej jest dramat rodzinny niż fantastyka. No, ładny no. I przejmujący. Sarah jak zwykle dowozi.


Merlin (1998)
reż. Steve Barron

Wysłałam zgłoszenie na LARPa Mabinogion w świecie legend arturiańskich. A w refkach w podręczniku gracza wspomniano stary filmo-serial (2 odcinki po 1.5h) o Merlinie jako źródło strojowej inspiracji do, emmm, lepiej usiądź, rzymskiego post-apo. No i faktycznie: żółnierze maszerują w quasi-rzymskich zbrojach, arystokratki w czymś co przypomina togi… Natomiast równocześnie jeden bohater ubiera się jak muszkieter i wymachuje szpadą, kolejny gra na kodach w ewidentnie renesansowej zbroi. Historia tam skrzeczy i trzeszczy, a wraz z nią odkładasz na bok rozsądek, gdy w mroźną brytyjską zimę bohaterka biega w chemise, dla niepoznaki z narzuconą na ramiona chustką. Powstrzymaj swoją nerdozę, to jest przygodowy serial fantasy z lat 90, a nie rekonstrukcja. I rozumiany w ten sposób – zaskakuje jakością efektów specjalnych i niezłą grą aktorską, rozczulając przy tym naiwnym scenariuszem i przegięciem rodem z epoki. Oglądałam to z zacięciem, rwąc sobie włosy z głowy przy kolejnych patetycznych i irytujących motywach oraz logicznych fikołkach scenariusza, ale i będąc autentycznie wkręconą w przygody czarodzieja Merlina i jego walkę z królową faerie, Mob.

A post factum, siedzę i wymyślam sukienkę na grę. Na szczęście, będzie wtedy polskie lato.

sobota, 1 listopada 2025

Zrzut #21

Dobra, lecimy z tym koksem.

Tajny klub nietypowych czarownic
Sangu Mandanna

Sama się o to prosiłam. Zażyczyłam sobie pojecajkę lektury przyjemnej i nieskomplikowanej, dokładnie taką dostałam, a potem męczyłam się nad kolejnymi stronami. Historia koncentruje się na młodej czarownicy o imieniu Mika (umówmy się, 31 kwalifikuje ją jeszcze jako “młodą”... prawda?) i gburliwym bibliotekarzu, Jamie. Są też inne postacie, jak chociażby tytułowa liczba mnoga czarownic, natomiast… nic się kurna w tej książce nie dzieje. Postacie kręcą się po domu, robią radośnie swoje codzienne sprawunki i toczą miłe konwersacje, słodka tak, że aż mdła, Mika podrywa Jamiego, Jamie podrywa Mikę i tak przez 300 stron aby dopiero na 30 ostatnich pojawił się jakiś plot. Dorzucę do tej puli pretensjonalny język i czułam się jakbym czytała fanfik napisany przez nastolatkę dla innych nastolatek i wrzucony na jakimś forum. Jeśli dokładnie tego potrzebujesz, to może pyknie, ja się tylko utwierdziłam w przekonaniu, że cieszą mnie historie z zaszytym pod poszewką mrokiem, a nie pisane ekwiwalenty lodów waniliowych.




Neural Viz
Josh Wallace Kerrigank

Próbowałam wyrwać się z trywialnego świata czarownicy Miki i w efekcie wpadłam w króliczą norę dziwacznego świata wykreowanego na kanale Neural Viz. Filmy na kanale są generowane za pomocą narzędzi AI, choć scenariusze pisze człowiek. Człowiek o bardzo specyficznym poczuciu humoru. Jest deadpanowato i surrealistycznie, a przemożne wrażenie “nie wiem na co paczę ale nie chcę przestać” podbija wariacka strefa wizualna. Większość filmików toczy się w świecie Gluronów, którzy zamieszkują Ziemie po katakliźmie, który wyrżnął całą ludzkość. Te alienowate stwory wciągają sproszkowane zęby, wyznają wiarę w Monolit, mający w ich świecie władzę absolutną, i ekspolorują różne wątki tajemniczego świata mitycznych ludzi. Storyline’ów jest kilka, rozwijają się z czasem, choć jest też parę one-offów niezwiązanych z Gluronami. Na wskoczenie do tego pociągu polecam 10-cio minutowy The Adventures of Reemo Green, najdłuższy, najładniejszy i z najbardziej rozbudowanym plotem. A jak wam kliknie to jest spora szansa, że i reszta się przyjmie.

sobota, 11 października 2025

Zrzut #20

Miałam dłuższy urlop, który spędziłam trochę na czytaniu, ale bardziej na ogarnianiu backloga rzeczywistości. No i jednak lato, więc raczej wymykam się na zewnątrz, gdy tylko mam przestrzeń, niż siedzę z nosem w literach czy ekranach. Coś tam jednak przeleciałam i o tym niżej. A seriale (Wednesday i Sandman) poczekają sobie jeszcze chwilę na obejrzenie, na jesienne wieczory.

Haunt sweet home
Sarah Pinsker

Ah, jakie to było ładne. To pierwsza dłuższa forma od Sarah, którą miałam okazję przeczytać. Wciąż przy tym nie za długa, ot taka nieduża powieść. Natomiast autorka rozwija skrzydła i puszcza luźno lejce wyobraźni, zamiast jednego dominującego wątku, dostarczając ich już kilka, zgrabnie się przeplatających. Motywem przewodnim jest tytułowy “Haunt sweet home” czyli TV show o… nawiedzonych domach. Nowi właściciele wprowadzają się do nowego lokum, w którym za dnia przeprowadzają remont, pieczołowicie raportowany przez kamerę, a w nocy, no cóż, straszy. Nie będzie specjalnym spojlerem gdy napiszę, że główna bohaterka, dopiero co zatrudniona jako asystentka produkcji, ma na liście obowiązków pomaganie w straszeniu, gdy lokalne duchy nie są wystarczająco kooperatywne. Oczywiście sprawy wymkną się spod kontroli, natomiast w charakterystyczny dla Sarah, uroczy sposób. Tutaj nawet gdy jest strasznie, jest ciepło i zabawnie. Do tego niejednoznaczni bohaterowie, sporo codziennej i niecodziennej magii i dostajemy fantastyczny koktajl do pochłonięcia w jeden weekend.




The Analytics Edge
Dimitris Bertsimas, Allison K. O’Hair, William R. Pulleyblank

Coś z kompletnie innej beczki, bo przeczytałam książkę powiedzmy, że zawodową. Wracam do pracy z danymi i aby się zainspirować przed nową pracą, przeczytałam pozycję, którą dostałam jako mid-level analityk blisko 10 lat temu. Książka to przede wszystkim 20 różnych use-casów analitycznych, ale jest też krótkie przejście teoretyczne przez stosowane metodologie oraz część praktyczna, z zadaniami, w których można ściągnąć podlinkowane przez autorów dane i pokodzić różne problemy. Ciężko ją przy tym nazwać podręcznikiem dla analityków. Opisywane przykłady dotyczą branż od Sasa do lasa, jest i opieka zdrowia, i optymalizacje w branży lotniczej, i nudne jak flaki z olejem problemy wyceny aktywów finansowych. Jest różnorodnie, ale płytko, autorzy wchodzą na większy poziom detali (przezornie oznaczając te sekcje gwiazdką) tylko w przypadku niektórych problemów optymalizacyjnych, podpowiadając jak ustawiono problem, nie mówiąc nic o uzyskaniu rozwiązania. Książka była wykorzystywana w kursie na studiach MBA i to chyba to najlepiej opisuje jej target: menedżerowie w organizacjach gdzieś obok działów analitycznych, którzy chcieliby zrozumieć cokolwiek z tego co tam się dzieje. Dla mnie była momentami ciekawa, miejscami frustrująca, kilka razy żmudna. No i ciężko ją, ze względu na temat, nazwać lekką lekturą.

1670, sezon 2
Netflix

W finale sezonu się popłakałam, i choć praktykę przeżywania dramatycznych momentów mam już dobrze ugruntowaną, to jednak mówi to całkiem sporo o tym, jak zmorfował serial. Dalej jest to przede wszystkim komedia, jednak akcent się przesunął na pogłębienie postaci i stworzenie bardziej zniuansowanej, ciągłej historii. Poprzedni sezon był galopem gagów, wspaniale przerzucający współczesność w barokowy anturaż. W drugim, tak skonstruowany jest chyba tylko pierwszy epizod… I miałam z nim problem, bo jakby nie był już tak śmieszny. Obejrzałam drugi odcinek, ale też nie porwał, i wietrzyłam już nosem zużycie formatu. Z przyjemnością konstatuję obecnie, że to było niezrozumienie tej zmiany. Kolejne historie, bohaterowie, marzenia i dramaty i kurczę, dalej jest śmiesznie ale bywa i smutno i przejmująco, a śmiech nierzadko nie wynika z dowcipu ale radości. W ciekawe miejsce poszło 1670, a zważywszy na mocno otwarte zakończenie oraz już zakontraktowany trzeci sezon, kurde, wracam do czekania na nowe odcinki!

czwartek, 31 lipca 2025

Zrzut #19

Mam nauczkę aby pisać recki z grubsza od razu, bo po dłuższej chwili nie tylko ciężko się zebrać, ale, co gorsza, wrażenia się zdążyły nieco zatrzeć. Zwłaszcza w odniesieniu do filmu… aż mam ochotę obejrzeć go po raz drugi, bo mi się nie dość, że podobał to jeszcze pozacierał w pamięci.

Odnośnie poślizgu w zrzutach: czerwiec i lipiec mi upłynęły na odczytywaniu się z Women’s Health. Magazyn przestał wychodzić w styczniu zeszłego roku ale ja wciąż miałam numery w backlogu. Not anymore 😎 Słuchałam też co nieco podcastów i z tej puli wartym polecenia jest Odgruzować dobrostan z Asią Wojsiat, Joanną Gutral i Martą Niedźwiedzką. Panie wprowadzają do Wellbeing Score, w którego opracowywaniu dla Benefit Systems brały udział i omawiają jego poszczególne elementy. Obok kontentu zdrowo-głowowo-fizycznego są to też po prostu 3 świetne, dynamiczne i dowcipne rozmowy do odsłuchania. Ale dobra, dzisiaj dwie rzeczy:

Devil Aspect
Craig Russell

Ta książka to polecajka i choć paperbackowe wydanie z napisami na okładce “Breathtaking”, “Simply exceptional” budziło pewną nieufność to poszłam w to. Najpierw o kontekście. W zamku Hrad Orlů, w przedwojennej Czechosłowacji, zostało zamkniętych 6 chorych psychicznie przestępców. Do zamku wyrusza z Pragi objąć posadę młody psychiatra. Za pomocą nowatorskiej “narkosyntezy”, tj. podawania im hipnotyzujących leków, chce wykryć wspólny wszystkim szaleńcom “diabelski aspekt”. Równolegle w Pradze seryjny morderca znany pod pseudonimem “Skórzany fartuch” morduje kolejne ofiary… Em…

Pomysł wydał się niezgorszy, realizacja już pośrednia. Chyba mam dwa główne problemy z tą książką, pierwszy to kompletny brak humoru. Wszystko jest potwornie na serio, krew się leje, flaki wypruwają, a bohaterowie prowadzą bardzo poważne rozmowy, w międzyczasie mając traumatyczne sny lub wspomnienia. Nie ma mroku bez światła, a już zważywszy na to, że akcja dzieje się w Czechach, to podpada pod karygodne zaniedbanie. Tekst zamiast wciągać, nużył. Drugi to technobełkot neurosyntezy. Ani to to nauka, ani nie wpada w ramy okultyzmu. Autor bardzo się stara sprzedać tę metodologię jako naukową, buduje cały opis azylum jako miejsca w awangardzie postępu, a potem opisuje czary.

O ile nie macie kinka na czytanie trashowej literatury, dałabym sobie z tą pozycją spokój.

Jak ruchem zmieniać umysł
Mojo Movies, dr Asia Wojsiat i Fundacja Veritas

Asię Wojsiat śledzę w podcaście (-stach, właściwie), czytałam też (i recenzowałam poniżej) jej Tak działa mózg. A tu się okazało, że rok temu razem z fundacją Veritas i Mojo Movies zrealizowała dokument o bliskiej mi tematyce wpływu oddziaływania ciała na głowę. Sama będąc narratorką dokumentu, zabrała na pokład cenionych przeze mnie ekspertów: Andrzeja Silczuka, Martę Niedźwiedzką, i wielu innych, o których słyszałam wcześniej niewiele… i też dobrze gadają. Fakty naukowe o wzajemnej relacji ruchu i umysłu przeplatane są rozmowami ze specjalistami od psychiatrii, psychologi, jogi, treningu, ale i “zwykłymi niezwykłymi” opowiadającymi jak im ruch zmienił życie. Mnie do ruchu nie trzeba namawiać, żyję dlatego, że się przemieszczam, napięcia rozładowuję na spacerach w lesie, czas wolny spędzam biegając, a moje hobby to pole dance… Nie wyobrażam sobie znieruchomienia. Zatem 1:40 filmu o tym jak nieodłącznie ruch jest spleciony z naszym szczęściem i zdrowiem, było jak woda na młyn. A do tego to filmu ładnie zrealizowanego. Czysta przyjemność i ogrom wiedzy oraz rozmaitych perspektyw.

Dostępny za free tu o: YouTube

piątek, 16 maja 2025

Mini zrzut: Loteria

Kolejny miesiąc mi upłynął mało książkowo. Z jednej strony praca pożera mnóstwo czasu i zasobów, z drugiej, zintensyfikowałam treningi biegowe bo już za chwilę półmaraton wrocławski i pula energii się tym bardziej zmniejszyła. Co do pierwszego tematu to nie zapowiada się aby było lepiej, więc jestem w próbach zmiany fuchy na inną. A jeśli chodzi o bieganie to plan treningowy na truchtanie 5x w tygodniu, ale krócej, wszedł jak złoto. Znowu mam lekkość pokonywania kilometrów a zegarek mi konsekwentnie pokazuje coraz lepsze wskaźniki biegowej formy. W każdym razie, książka. Tylko jedna, za to jaka!

Loteria
Shirley Jackson

Shirley Jackson kojarzyłam do tej pory z powieścią Nawiedzony dom na wzgórzu, bardzo klimatycznym horrorem z nieoczywistym potworem i powoli rozwijającą się akcją. Loteria to zbiór jej opowiadań, oscylujących od kilku do dwudziestu-coś stron długości, trzymających się w przeważającej mierze z dala od gatunkowej grozy. Co mają jednak z powieścią wspólnego, to gra na niedopowiedzeniach. To są sceny, czasem dłuższe, czasem krótsze, jakaś sytuacja między bohaterami, kilka dialogów, niewiele się wydarza, jeszcze mniej się wyraża, a przecież pod powierzchnią aż wrze. Szybki przykład to opowiadanie Jimmy: ledwie 4 strony, rozmowa w kuchni między mężem i żoną. Dostali list, mężczyzna go zawłaszcza i chce odesłać nie czytawszy, w kobiecie się gotuje aby do niego zajrzeć. I tylko z pojedynczych słów, kilku jej myśli, rysuje mi się w głowie obraz odrzuconego syna i męża/ojca przemocowca, którego ta kobieta jest gotowa zabić w odwecie. I tak jeszcze 24 razy, z dużą czułością na niuanse, wrażliwością społeczną, z całą plejadą bohaterów, czasem komicznych, czasem tragicznych, zawsze dramatycznych. I żywą opowieścią trafiającą prosto w serce.

niedziela, 13 kwietnia 2025

Zrzut #18

Marzec przeleciał, a ja się zagrzebałam w kryminałach. Pierwszy mnie pożarł, drugi (choć pierwszy chronologicznie… zaraz wyjaśnię) okazał się również dobry, choć już nie aż tak angażujący. A w ramach kulturalnego plot twistu wylądowałam jeszcze w teatrze. No dobra, to lecimy z koksem.

Śmiejący się policjant
Maj Sjöwall, Per Wahlöö

Kryminały to nie jest mój go-to gatunek, aczkolwiek Millenium Stiega Larssona skonsumowałam z apetytem. Tę książkę przyniósł do domu K. i skończyło się na intensywnych negocjacjach kto i kiedy będzie ją czytać. Bo porywa! Śmiejący się policjant to formalnie czwarta część cyklu o komisarzu z wydziału zabójstw, Martinie Becku, natomiast ciesząca się największym uznaniem więc to po nią sięgnęliśmy w pierwszej kolejności. Zaczyna się trzęsieniem ziemi, strzelaniną w autobusie… a potem nic się nie dzieje. Kilku policjantów w średnim wieku żmudnie brnie przez śledztwo, a my razem z nimi: dajemy się zwieść kolejnym poszlaką, błądzimy po ślepych zaułkach, wleczemy po nitce do kłębka. Powieść jest napisana prostym ale angażującym językiem, unika ozdobników ale nie brak jest finezji i subtelnego humoru. Stopniowo rozwijająca się akcja wciąga, nie unika zwrotów akcji, konsekwentnego pogłębiania osobowości bohaterów i delikatnego społecznego kontekstu, z których to wzorców Larsson czerpał pełnymi garściami. Książka nie jest za długa, więc można się przygotować na weekend pod kocykiem z herbatką.


Roseanna
Maj Sjöwall, Per Wahlöö

Zachwycona poprzednią pozycją, poleciałam w poniedziałek do biblioteki po pierwszą powieść z serii: Roseanna. I choć wciąż ma zalety tej poprzedniej (prosty ale nie prostacki język, humor, charakterystyczni bohaterowie) oraz jej cechy (powoli się rozwijająca akcja, kluczenie między wątłymi tropami, finał na ostatnich stronach) to nie weszła aż tak dobrze. Widzę dwie przyczyny. Po pierwsze jest o przemocy w stosunku do kobiet, a to taki motyw, który ciężko mi przechodzi przez gardło. Po drugie, intryga rozwija się naprawdę powoli a samo zakończenie z prowokacją jest nieco grubymi liśćmi szyte, w mocnej opozycji do realizmu przedstawienia samego dochodzenia. Nie będę spojlerować, bo to wciąż dobra rzecz i warta sięgnięcia, nie wyrwała mnie jednak aż tak z butów jak poprzednia / kolejna. Z ciekawostek, na pomysł intrygi para autorów wpadła na pokładzie promu ze Sztokholmu do Gothenburga. Zobaczyli czarnowłosą Amerykankę stojącą samotnie na pokładzie i Maj rzuciła do Per: “A może tak byśmy to ją uśmiercili?” Więcej ich temat napisał Guardian w świetnym artykule: https://www.theguardian.com/books/2009/nov/22/crime-thriller-maj-sjowall-sweden


Lot nad kukułczym gniazdem
Teatr Polski we Wrocławiu

Lądujemy w temacie mocno poza moją strefą komfortu, bo oto zostałam wyciągnięta do teatru. Jest książka, jest film, nie miałam do czynienia z żadnymi z nich, mając jedynie niejasne przeczucia, że sprawa toczy się w szpitalu psychiatrycznym. Lot to sztuka o przegranej konfrontacji z opresyjnym systemem. Apatycznymi pacjentami manipuluje siostra Rachel, rozstawiając po kątach także personel szpitala, do momentu aż nie pojawi się w murach Randle, drobny przestępca próbujący uniknąć odsiadki. Zaszczepi w szpitalu nowe życie, ale sam konflikt między bohaterami nie może prowadzić do dobrego zakończenia. Aktorsko - siostra Rachel jest grana absolutnie przerażająco, inni bohaterowie - przekonująco. Była tam też taneczna (ciekawa i w ogóle) choreografia, której sensu nie zrozumiałam. Oraz palenie prawdziwych papierosów w scenicznej palarni, co mnie już tylko zniechęciło. Zaczęłam to podsumowanie od “wysokiego C”, kończę na raczej przeciętnym “F”.


poniedziałek, 3 marca 2025

Zrzut #17

Luty się nie zapowiadał a wyszedł całkiem udany kulturalnie. Dwa filmy obejrzane w weekendowe wieczory i dwa fantastyczno-horrorowe opowiadania od Sarah.

The Witcher: Sirens of the Deep
Netflix

Kolejny Netflixowy spin-off wokół Wiedźmina. Tym razem jednak Netflix wrócił do korzeni serii i oparli historię o jedno z opowiadań: Trochę poświęcenia ze zbioru Miecz przeznaczenia. Z jednej strony sugeruje to, że ekranizacja nie odpłynie jak serial, z drugiej to jest jednak anime, do tego showrunnerka została bez zmian. Ostateczny efekt jest… em… Mam ewidentnie problem z łykaniem mangowej konwencji i to nawet mniej ze względu na styl ilustracji, a bardziej przez sposób opowiadania historii. Wiedźmin nagle z grim-darkowej konwencji wylądował w high-fantasy z epickimi walkami i magią. Znaki, jakkolwiek potężne, to nie pełnowymiarowa magia a’la Yennefer, a kraken ma zazwyczaj jednak policzalną liczbę odnóży. Pierwotne opowiadanie (polegam tutaj na zdaniu K. bo za cholerę już nie pamiętam) nawiązywało do bajki Andersena o syrence, jednak ekranizacji bliżej disneyowej Arielce. Brakowało tylko aby w scenie, gdzie wiedźma odkrywa karty, wszyscy zaczęli tańczyć i śpiewać. Paradoksalnie najbardziej na plus odebrałam to, co względem pierwowzoru zostało zmienione, czyli zakończenie. Nie zdradzę, ale ładnie to rozegrano, ładnie..

Nosferatu (2024)
Reż. Robert Eggers

Popełniłam przed tym filmem dwa fundamentalne błędy. Poszłam na niego wieczorem, co skraca czas przed zaśnięciem a nocą, wiadomo, budzą się demony. Wypiłam także przed seansem kawę aby “nie zasnąć”. Oj, nędzna. Serce mi waliło jak oszalałe także bez dopalaczy. Remake Nosferatu z 1922 roku zdecydowanie dowozi. Jest magnetyzująco, przykuwająco piękny choć to uroda z grunty mrocznych, gotyckich, o klasycznych rysach. Ale wystawia w decydujących momentach ostre zęby i pazury, aby ujawnić się jako przerażająca bestia. Ujęcia ciemnego lasu, zamku hrabiego Orloka czy ciasnych uliczek niemieckiego miasteczka zapadają w pamięci, tak samo jak przepiękne kadry z uwodzoną przez demona Ellen… tak samo jak widok wampira w pełnej krasie i armii szczurów zalewającej miasto (w filmie zagrało 5 tysięcy tresowanych szczurów! whoa!). Wywołuje ciarki i zamraża krzyk w gardle w scenach walki w półmroku, w niedopowiedzeniu. Mam słabość do wampirów, mam słabość do starego Nosferatu, ale nowy film Eggersa broni się także ponad tymi moimi skrzywieniami. Strrrasznie dobra rzecz.


There’s a Door to the Land of the Dead in the Land of the Dead
Sarah Pinsker

Więcej Sarah! To krótkie opowiadanie, takie akurat na popołudniową herbatkę. Sarah utrzymuje leki, fantastyczno-horrorowy klimat, tym razem przenosząc akcję do parku rozrywki o nazwie “Land of the Dead”. Akcja rozkręca się stopniowo, opisując nieśpiesznie nietypowe miejsce i główną bohaterkę, drag queen w dojrzałym wieku, będącą przewodniczką po Świecie Umarłych… i nie tylko. I więcej już nic nie mówię, bo w takiej miniaturze każde zdanie to spoiler. To lektura ciepła, taka z gruntu otulających kocykiem, wprowadzającą elementy fantastyczne o krok w bok od naszej rzeczywistości i z podnoszącym na sercu zakończeniem. Opowiadanko można przeczytać pod linkiem: https://psychopomp.com/deadlands/issue-26/door/







Signs of Life
Sarah Pinsker

Mogłabym podmienić co nieco w opisie powyżej aby dostać generyczny akapit, sprawdzający się także w przypadku kolejnego opowiadania. W Signs of Life jednak wprowadzenie odebrałam jako zanadto przeciągnięte. Wierciłam się na krześle, czytając, dochodząc do połowy, dwóch trzecich opowiadania, i czekając na wspomniany wyżej “skok w bok” do alternatywnej rzeczywistości. A potem takim przedłużonym zawiązaniu akcji jest tylko chwila, jedna rozmowa i jedna scena, na odsłonięcie wszystkich kart: wskazanie tajemnicy, rozwiązania zagadki i wyjaśnienia motywów bohaterów. Z trzech przeczytanych rzeczy od Sarah ta mi najmniej siadła. Jeśli chodzi o fabułę: mamy wybierającą się na emeryturę gwiazdę telewizyjnych wiadomości, która jedzie odwiedzić swoją, niewidzianą całe dorosłe życie, siostrę. Dwie starsze kobiety po latach milczenia zaczynają ostrożnie odbudowywać relację. A ponieważ to fantasy horror to potem jest pierdolnięcie. Całość zamyka się w nieszczególnie zbalansowanych 12 tysiącach słów i jest do przeczytania tu: https://www.uncannymagazine.com/article/signs-of-life/

środa, 5 lutego 2025

Zrzut #16

Szybko poleciał styczeń i nie za wiele udało się obejrzeć czy poczytać. Ale! Dzięki przyjaciółce po kilku dobrych latach przerwy coś tam zaczęłam bazgrać, nawet jeśli to jest malowanie po numerach, i zjadło mi to dobre kilkanaście wieczorów. Szansa, że wypchnie ono z tego bloga randomowe brain dumpy odnośnie rzeczy nie jest za wielka… chociaż konto na Deviancie też kilka lat temu zabiłam… Hm ;)

Cunk on Life
Netflix

Nowa Cunk to pełnometrażowa produkcja zrealizowana w kolaboracji BBC z Netflixem. Większy budżet widać. Philomena podróżuje po fancy lokacjach, jest mnóstwo aktorów, dopieszczone scenografie i efekty specjalne. Aż do poziomu rozrzutności, gdy piękne ujęcie zostaje wykorzystane w zaledwie jednym, kilkusekundowym ujęciu. Co do fabuły to kręci się ona wokół szeroko rozumianego sensu życia i dotyka wątków z filozofii, religii, metafizyki śmierci i mechaniki kwantowej. W 1h10min obskoczono absurdalnie szeroki przekrój tematów. Jest jeszcze kwestia konwencji samej Philomeny: cringe’owe wrzuty, offtopy, rozmowy z ekspertami, których Philomena próbuje zapędzić w róg absurdalnymi pytaniami i ciągami rozumowania. W dłuższym formacie zaczęła mnie nużyć. To coś jako pieski na reelsach. Chętnie obejrzę kilka pod rząd, ale godziny nad tym jednak nie będę siedzieć. Philomena fajnie się sprawdza w memach, krótkich filmikach i nawet półgodzinnych odcinkach serialu, gorzej w długim formacie.

Dom nad błękitnym morzem
TJ Klune

Ta książka to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Rozkręca się powoli, dobre kilkadziesiąt stron, aby w tym samym tempie, ale za to konsekwentnie, budować atmosferę, pogłębiać postacie i prowadzić do kojącego finału z pozytywnym przesłaniem. Opowiada historię urzędnika z Wydziału Nadzoru nad Magicznymi Nieletnimi, który zostaje wysłany w delegację do pewnego bardzo nietypowego sierocińca. To literatura z nurtu fantastyki dla “young adult”. Dobre jest dobre a złe jest złe, oszczędza się nam moralnych dylematów i trudnych wyborów. Jest też rozbrajająca w swojej wierze, że jedna osoba z misją potrafi obalić zepsuty system. Natomiast wychodząc poza mój cynizm, to przyjemna do czytania powieść przygodowa oprószona sporą ilością fantastycznych motywów, zgrabnych żartów i ładnie pokazaną miłością homoseksualną i niebinarnością. Tak… bez agendy. Jako zwyczajne elementy tamtejszej codzienności …Czego sobie i wam życzę także w naszej ;)

sobota, 7 grudnia 2024

Zrzut #15

Ciemno, zimno i jakby się chciało więcej czasu spędzić na czytaniu pod kocykiem, ale równocześnie czas się skurczył do nanosekund i wciskam tylko pojedyncze litery między natłok wszystkiego. Wymęczyłam w takim rwanym trybie kilka rzeczy.

One Man’s Treasure
Sarah Pinsker in Uncanny Magazine

To krótkie opowiadanie dostępne jest na stronie wielokrotnie nagradzanego nagrodą Hugo magazynu Uncanny kręcącego się po szeroko rozumianej fantastyce. Rzecz dotyczy ekipy śmieciarzy w świecie umieszczonym mniej więcej w tym samym miejscu co my na osi czasu, za to z magią stanowiącą nieodłączny element codzienności. Zastanawialiście się kiedyś w jaki sposób bezpiecznie zutylizować kociołek z resztkami eliksiru albo kołowrotek do przędzenia z zamontowaną trującą igłą? Ja też nie.

Natomiast mimo catchy motywu opowiadanie mnie nie zaangażowało. Nie wiem czy to wina trybu konsumpcji — czytałam na kompie, gdzie mam otwarte zazwyczaj mnóstwo zakładek i ostatnio ciągły problem ze skupieniem na czymś uwagi — czy jakiejś iskry w nim jednak zabrakło. Bywa zabawne, ale nie aż tak, jest nawet coś w rodzaju morału, ale mnie nie przekonał, oraz kilka scenek które trochę budują świat, trochę dokładają się do obrazu finałowego plot twista, ale żadna z nich nie zapada w pamięć. Miałam wrażenie, że opowiadanie jest rozdarte między krótką formą, taką która ma mocny motyw przewodni i dowozi go bezkompromisowo, a średnią długością, gdzie jest więcej miejsca na budowanie niuansów i postaci. W ostatecznym rozrachunku: można spróbować, bo to może godzina czytania? O tu: https://www.uncannymagazine.com/article/one-mans-treasure/

Ślimak na zboczu
Arkadij Strugacki, Borys Strugacki

Pisałam już ostatnio, że męczę na raty zbiór opowiadań Strugackich i ostatnie z nich, Ślimak na zboczu, był już wymęczony dość literalnie. Opowiadanie to właściwie dwie, luźno ze sobą powiązane historie, przeplatające się w kolejnych rozdziałach.

Część o “Zarządzie” jest groteską urzędniczo-korporacyjną. Przerysowana biurokracja, absurdalne zadania pracowników, upijających się niemożebnymi ilościami kefiru, brak psychologicznej wiarygodność bohaterów, wreszcie postać Dyrektora, bardziej personifikacji niż człowieka. Natomiast część o “Lesie” to mroczna baśń o magicznym miejscu i prymitywnej społeczności, która w nim funkcjonuje. “Lasu” nie rozumie, ale umie sobie z nim poradzić, omijając toksyczne bagna, walcząc z “martwiakami” i odżywiając się “jadalną ziemią” albo jakimiś roślinami zaprawionymi kwasem. To co je łączy to, obok samej idei “Lasu”, to dwójka bohaterów, którzy próbują uciec, ale jedynie odkrywają przed sobą i nami kolejne matrioszki obu systemów. Jednak natłok nieracjonalnych zdarzeń na obu planach doprowadził do tego, że w pewnym momencie przestałam mieć poczucie, że rozumiem cokolwiek z tej historii, morfującej w ciąg niepowiązanych ze sobą scenek. Na dokładkę autorzy z premedytacją wprowadzili np. specyficzny język plemienia: to jest bardziej ciąg monologów i potoków myśli, niż komunikacja. Czytanie tych “zdań” długich na stronę przepalało mi zwoje. No i zabrakło mi “kontaktu” dwóch planów zdarzeń, skoro już dzieją się w zbliżonym miejscu i czasie.

To najmroczniejsza powieść w antologii, staczająca się w końcówce w głęboką dystopię. Na jej plus jest mocny finał, tylko szkoda, żeby tam dojść musiałam przedrzeć się przez 190 stron, niekoniecznie czując aby to było tego warte.

Buy Now! The Shopping Conspiracy
Netflix

A skoro już przy dyskomforcie jesteśmy, to tego dokumentu też się miło nie oglądało. Wrzucony niedawno na Netflixa rozbiera problem konsumpcji na kilku poziomach: kreowaniu potrzeb, optymalizacji procesu zakupowego aby droga od kaprysu do realizacji była jak najkrótsza, konsekwencji nieumiarkowania: globalnymu tonięciu w śmieciach, wszechobecnego i niezniszczalnego plastiku, wydobywaniu toksycznych materiałów z odpadów w krajach rozwijających… A to wszystko polane sosem kontroli informacji, greenwashingu i zaprogramowanej śmierci urządzeń. Każdy z tych tematów zasługiwałby na własny półtoragodzinny dokument, ale tutaj zostały podane w sugestywnej formie barwnego klipu generowanego przez sztuczną inteligencję. Jest kolorowo, mocno, szybko i głośno. Ostre cięcia, przebitki, migawki filmików z TikToka, pulsujący ekran. Momentami aż robiło się dla mnie za hałaśliwie. Na szczęście tempo spowalniało w czasie rozmów z licznymi ekspertami: byłych executives w tym biznesie kreowania i sprzedania czy osoby zajmujące się tematem śmieci w bardzo różnych obszarach. Jest tiktokerka grzebiąca w śmieciach sklepów “dużych marek”, założyciel firmy zajmującej się naprawą nienaprawialnego sprzętu czy aktywista tropiący co się dzieje z oddanym do “recyklingu” monitorem.

Nie było mi po tym wygodnie. Ścięłam mocno konsumpcję, niby nie kupuję dużo… ale przecież i tak tego dnia kupiłam warzywa w plastiku, butelkę Coli i wywaliłam do “elektrośmieci” parowar, w którym przez godzinę próbowałam wcześniej coś nieskutecznie ugotować. Niby fakty przedstawione w dokumencie znałam, ale zebrane w formie walącej jak pięść między oczy, także je poczułam. Jestem rozdarta, bo mam poczucie, że moje pieczołowite oddzielanie papierków od plastików w opakowaniach jogurtu gówno znaczy, póki nie pojawią się zmiany systemowe… ale mogę się przynajmniej wypisać z kupowania. No i mam po drodze do miasta sklepik z rzeczami na wagę, może w końcu tam jutro zajrzę.

Feel good in 15
Cracked

Książka, którą zdobyła dla mnie siostra na book swapie, znając moje mój wkręt w temat health & fitness! Joe Wicks w Polsce chyba się z niczym nie kojarzy, ale w UK to gigant z jakimiś milionami followersów na socjalach, kilkunastoma książkami, programem telewizyjnym i aplikacją. To co proponuje Joe to szybkie i efektywne … (tu wpisz cokolwiek) w 15 minut. I o tym w sumie jest ta książka: są posiłki, są treningi i są porady lifestylowo-wellbingowe, wszystkie zapakowane w tę formułę, że coś można zrobić w kwadrans co sprawi, że się zjemy odżywczy posiłek, poruszymy ciało i zadbamy o głowę. I chociaż tak, małe kroki robią różnice, nawyki się utrwalają tylko gdy są konsekwentnie robione (czyt. proste), no i lepiej spędzić chwilę na ugotowaniu makaronu z warzywami i fasolą z puszki niż zamawianie pizzy… to jestem w takim miejscu, że źle znoszę coachingowe komunikaty “zrób tylko 15 minut mindfulness”, “pisania dziennika”, “spaceru”. Przejrzałam to raz jeszcze i Joe unika kategorycznych stwierdzeń w swoich poradach, pisze o możliwej poprawie a nie leczeniu. To mi się chemia mózgu wysypała na tyle skutecznie, że nie wierzę w swoją sprawczość a na nastrój biorę tabletki.

No dobra, ale co do kontekstu. Przepisy wyglądają na szybkie i smaczne i mam ochotę niektóre spróbować. Większość pomysłów na śniadania, lunche i kolacje jest dobrze zbilansowana (biorąc za punkt odniesienia “zdrowy talerz”). Treningi wyglądają uczciwie. Wykorzystują proste, podstawowe ćwiczenia, które dowożą, poskładane w zestawy typu cardio, hiit, trening siłowy czy mobility. No i jest też miszmasz od 15 minut wcześniej w łóżku, przez 15 minut journalingu, po 15 minut umierania w zimnej wodzie. Nie żałuję, że dostałam tę książkę, ale sama to bym sobie tego nie kupiła ;)

sobota, 5 października 2024

Zrzut #14

Urlop! Miałam trzy tygodnie wolnego, wykorzystałam je głównie na szwędanie się po dwóch lubianych i jednym nowym miejscu, ale znalazło się dzięki temu także trochę więcej przestrzeni do czytania i oglądania 😊

Obok tego co poniżej opisałam, byłam w kinie na reżyserskiej wersji Czasu Apokalipsy (Apocalypse Now. Final Cut). Nie będę się rozpisywać bo to klasyczek, natomiast po latach wciąż robi piorunujące wrażenie. Film na nieco ponad trzy godziny przykuł mnie do ekranu, choć w siedzenie na dupie i oglądanie rzeczy jestem zdecydowanie słaba. A jeszcze długo po w uszach wibrował mi dźwięk śmigieł helikopterów, a przed oczami miałam sugestywne obrazy. Groza, ale jaka doskonała.

Tak działa mózg. Jak mądrze dbać o jego funkcjonowanie
dr Asia Podgórska

Na pierwszy rzut, najbardziej wymagająca z opisywanych pozycji. To nawet nie jest książka popularnonaukowa, ale podręcznik neurobiologii i neurochemii z obszernym fragmentem dotyczącym medycyny stylu życia. A że ze wszystkimi tymi obszarami moja relacja jest raczej luźna, to internalizacja tego, co się tutaj dzieje, nie przychodziła łatwo. Na początku autorka opisuje budowę mózgu, przybliża funkcjonowanie neuroprzekaźników. Po pierwsze: jej wiedza w temacie jest obszerna i dobrze ustrukturyzowana, po drugie jednak: zabrakło grafik, które by pomogły wytłumaczyć te solidne dwieście stron biologii i chemii. Druga część książki jest tytułowym dbaniem o mózg i tutaj i język robi się lżejszy, a temat łatwiej strawny. W jaki sposób używki, sen, dieta czy ruch wpływają na jego sprawność? Doktor wykorzysta to co opisała wcześniej do przybliżenia mechanizmów stojących za neurodegeneracją, obszerne fragmenty poświęcając Alzheimerowi i zaburzeniom depresyjnym. Odnalazłam się w tym i kilka głupot nie zrobiłam bo powstrzymała mnie troska o mój mózg. Trochę też więcej mam teraz dla siebie wyrozumiałości, bo czasem te głupoty to nie mój stoicki rozum, ale miotająca mną chemiczna zupa.

Książkę z uwagi na temat wg mnie zdecydowanie warto przeczytać a jej “take away” są do zastosowania na już. Natomiast potrzebowałaby agresywniejszej redakcji, która by ten ocean faktów objęła narracją. Widać też było, że niektóre fragmenty były przesuwane, ale już nie zadbano o prawidłowe zaadresowanie odnośników (np. pada “wspomniane już astrocyty”, choć komórki glejowe są wprowadzone kilkadziesiąt stron dalej), zdarzały się akapity z umykającym logicznym sensem, bo jakby zabrakło zdania pomiędzy albo wepchnięto jakieś inne. Dr ex-Podgórska (teraz już Wojsiat) ma już zakontraktowaną drugą książkę i sięgnę po nią, natomiast mam nadzieję, że wydawnictwo rzuci więcej kasy w post-produkcję.

Miliard lat przed końcem świata
Arkadij Strugacki, Borys Strugacki

Męczę niezmiennie w każdy wyjazd kolejne pozycje z antologii braci Strugackich, tym razem w 3 dni pożerając to nieco dłuższe opowiadanie. Miliard lat… to kameralna historia, akcja rozgrywa się w dwóch mieszkaniach, w przeciągu jakichś, hehehe, 3 dni. Ciężko mi nawet powiedzieć aby to było science-fiction, bo element fantastyczny jest tu jedynie subtelnie zarysowany, skręcając bardziej w stronę absurdu rodem z Procesu Kafki niż pełnoprawnej fantastyki do jakiej u braci przywykłam.

Mamy grupę naukowców, którym przytrafia się seria niecodziennych sytuacji. W tle jest jeszcze radziecka Rosja i smaczki rodem z PRLu, okraszone ciętym dowcipem, a jakby tego było mało, główny bohater zajmuje się matematyką! Wpadłam w tę historię jak śliwka w kompot. Potem jednak było gorzej, bo solidna ⅓ treści to dywagacje próbujące wytłumaczyć wcześniejsze wydarzenia. Pali się papierosy, pije i gada gada gada… I gdy wydawało się, że już nic tej historii nie uratuje, pojawiła się ciekawa damska postać i wreszcie mocne zakończenie. Podsumowując, nierówna rzecz i raczej do pominięcia na rzecz dużo lepszych Piknik na skraju drogi i Poniedziałek zaczyna się w sobotę.

U-Boot
Jean-Yves Delitte

Ten komiks był prezentem dla pewnego fana U-Botów, ale tak wyszło, że i ja miałam okazję go przeczytać. To typ opowieści, którego raczej unikam: oparta na prawdziwych wydarzeniach ekstrapolacja w alternatywną rzeczywistość (chociaż taki Lód… hm…). Tutaj mamy snapshop z losów jednej hitlerowskiej łodzi podwodnej, będącą “zwornikiem sklepienia” dla kilkunastu różnych historii. Autor skacze między miejscami i czasami, nierzadko na sąsiednich stronach. Rozkręca się to to jak rasowy geist movie, aby po 2 (z 4) zeszytów wątki zaczęły ładnie składać się do kupy… I wtedy mamy wprowadzonych kolejnych bohaterów, kolejne plot twisty, aż do okrutnie najebanego akcją finału, gdzie wiarę poszłam i zawiesiłam na kołku w korytarzu. Wygląda to trochę tak jakby zeszytów miało być 6 i trzeba było dopychać kolanem, albo w szale piętrzenia kolejnych poziomów intrygi autor się zapędził i nie umiał ładnie wybrnąć.

Komiks to “klasyczna francuska szkoła”, aczkolwiek na zauważenie zasługuje pietyzm w malowaniu statków, wodnych i powietrznych. Wspomniany już fan był w stanie nazwać modele występujących tam samolotów, a na łodzi podwodnej kolejne ujęcia były spójne przestrzennie (np. obok drzwi zawsze była konkretna wajcha, a kokpit miał te same wajchy… takie tam zwyrolskie zabawy). Całość to dzieło z klasy: “No, można przeczytać”.

People Watching
Cracked

Mam skrzywienie w stronę treści, które początkowo wyglądają na zabawne, aby zacząć w trakcie ryć ci głowę, kończąc w kompletnie nieoczekiwanym miejscu i zostawiając z poczuciem dyskomfortu. Tak, to o tobie też, John Oliver’s Last Week Tonight. W każdym razie, w tę kategorię spokojnie mogę wrzucić opisywane jakiś czas temu Subnormality, ale też inny projekt Winstona Rowntree, czyli People Watching. To serial animowany zrealizowany z portalem Cracked, dostępny z całości na YouTube. Fabularnie to 2 sezony po 10 odcinków, każdy po ~10 minut. Natomiast, mimo “szybkiego” formatu, to tak bardzo nie jest to do zbinge’owania. Po każdym odcinku potrzebowałam zrobić pauzę.

Będzie o depresji, niedostosowaniu społecznym, zagubieniu. Bywa mrocznie, choć są też odcinki nostalgiczne, zostawiające nas z pozytywnym przesłaniem i dające nadzieję, że mimo całego gówna, kiedyś będzie ok. Bohaterowie wypluwają z siebie ściany tekstu tworząc rozgorączkowaną narrację, wciągając nas w spiralę swoich myśli. I jeśli są progi wejście do tego serialu to język jest zdecydowanie jednym z nich. Już w Subnormality WR odjeżdżał leksykalnie, a tutaj jest to samo ale wypowiadane z tempem karabinu maszynowego. Włączyłam napisy. Po polsku. Kurczę, to takie wyświechtane hasło, ale ciężko przejść obok People Watching obojętnie. Mocna, dobra rzecz.

środa, 26 czerwca 2024

Zrzut #12

Zerknęłam na datę poprzedniego wpisu i… no poszło. To było kilka mrocznych miesięcy. Za dużo pracy, za dużo nerwów, wróciły stare demony. Nie ustaje w nadziei, że teraz już będzie ok, że zbliżam się do poukładania sobie klocków w głowie i kiedyś wreszcie będzie normalnie.

Ej, nagrałem ci się
Andrzej Tucholski

Moje zaangażowanie w słuchanie tego serialu audio było na krzywej sinusoidy. Zabierałam się do niego jakoś niewspółmiernie długo do trudności odbioru, potem pożarłam pierwszy sezon, aby w drugi mieć poczucie fabuły kręcącej się w kółko i zmęczenia pewnymi aktorskimi manieryzmami Andrzeja Tuchoslkiego, aby zachłysnąć się ostatnim sezonem, finałowym plot twistem i zakończeniem. A o czym mówię? O kilkudziesięciu nagraniach, trwającymi po kilka minut, w których główny bohater nagrywa wiadomość (powiedziałabym: na automatycznej sekretarce, ale że rzecz dzieje się w 2022 to na… messengerze?) do znajomej o kilkanaście stref czasowych od warszawskiej. Nie słyszymy jej głosu, ale narracja jest prowadzona na tyle zgrabnie, że nie przeszkadza to w zrozumieniu ciągu zdarzeń. A w tle — emocjonalny kocioł codzienności. Rozstania i zejścia, samotność i przyjaźń (chyba nie zdradzę za dużo jak powiem, że także ta rodząca się między bohaterami), “work life balance” i próby poukładania tych puzzli, odnalezienia w tym chaosie siebie. Kurde, ładna rzecz. Tucholski nie ucieka od trudnych rozkmin, ale mówi o nich z humorem, ciepłem tonem, tworząc w efekcie dobrze zbalansowaną nowelę obyczajową. Całość jest dostępna na platformach podcastowych za friko.

Dzieje polskiej wsi
Polityka

Z kompletnie innej półki, dodatek historyczny do Polityki pochylający się nad falą nie takiej nowej chłopomanii, przybliżający historię ludu i rozbierający związane ze wsią i jej mieszkańcami mity. Nie jestem historycznym nerdem a moja wiedza historyczna jest, jak już przy poprzednim dodatku, o Bizancjum, pisałam, co najwyżej fragmentaryczna, stanowiąca radosny kolaż tego co jeszcze pamiętam ze szkoły oraz przeczytanych co niegdzie wiedzonek. I jakaż to doskonała rzecz! Trochę układa chronologię, trochę buduje spójne narracje wokół wybranych tematów (jak kształtowanie się pańszczyzny czy chłopska mentalność), trochę jest tam ciekawostek (jak można było na lewo z chłopa stać się szlachcicem?). Zbiór dłuższych artykułów rozmaitych autorów, dziennikarzy oraz badaczy, jak to zbiór, bywa nierówny, jednak jako całość zdecydowanie jest warty polecenia.

Pst. Lektura przy okazji nasunęła mi myśl, że moi dziadkowie mieli super moc rośnięcia warzyw, która pozwoliła im się przenieść z kilkoma walizkami z Husiatyna do Obornik Śląskich i na kilku akrach ziemi przeżyć. Mi tymczasem na parapecie właśnie pada kolendra z supermarketu. Dziadku, babciu, szacunek!

środa, 3 kwietnia 2024

Zrzut #11

Marzec udany kulturalnie! Jeden rewelacyjny serial, jedna świetna powieść oraz jeden całkiem okejkowy film i dziwne anime.

Dune: Part Two
reż. Denis Villeneuve

Czekałam na ten film. Najpierw jednak strajki w Hollywood przesunęły premierę, a potem życiowe przeboje odsunęły wizytę w kinie na połowę marca. Z pierwszą częścią mam też bardzo pozytywne wspomnienia z nie do końca związanych w obrazem przyczyn, to była przełomowa randka, co jednak podniosło poprzeczkę oczekiwań. Co więcej, nie czytałam książkowej Diuny, i choć mgliście kojarzyłam o czym ona jest, dominacja motywu przewodniego nad innymi wątkami mnie zaskoczyła. Ustalmy — to opowieść religijnego wzmożenia związanego z pojawieniem się proroka, który prowadzi Fremenów do wojny przeciwko Harkonnenom. Są wątki romantyczne, polityka na wszystkich szczeblach gryzienia, od imperialnego po przepychanki o władzę w siczy, intrygujące rytuały. Jest też estetyka bliska moim gustom: trochę postapo, trochę arabskich motywów, sporo monumentalnego minimalizmu. Jest wreszcie muzyka Hansa Zimmera. Tylko, że… religijne ramy tej historii sprawiają, że nie potrafię nawiązać z nią emocjonalnego kontaktu. Patrzyłam na film przez gruby filtr własnego, porządnie ugruntowanego, ateizmu, przez który do tej pory przebił się chyba jedynie Żywot Briana.

Cunk on Earth
Netflix

Philomena Cunk jest dziennikarką komentującą bieżące i historyczne wydarzenia. Jest też spektakularnie niedoinformowanym dzieckiem ery internetu, YouTube’a i smartfonów. Ciśnie się na język słowa “tępa”… ale to jest ten moment kiedy osiągasz dno aby, niczym w Pacmanie (cytując samą Philomenę), wpaść w wyżyny geniuszu. Wypowiadane przez bohaterkę stwierdzenia prostują zwoje (How the wheel works is actually very simple (...) As the wheel pushes against the ground the pressure rolls the entire planet back and away from you.) a z zapędzania w kozi róg purnonsensu rozmawiających z nią faktycznych ekspertów grająca reporterkę Diane Morgan zrobiła rodzaj sztuki. Ten krótki mocument w konwencji deadpan ogląda się doskonale. Robiłam pauzy aby nie udusić się śmiechem i z upojeniem wracam do ulubionym gagów. (Cmokanie z zadowolenia). Doskonałe.



Pole Princess!!
YouTube Original

YouTube zrobił anime o rurce! Ze względów zaszłości historycznych i tematu nie mogłam tego zignorować… aby umocnić się w moich wnioskach. Przestałam oglądać anime dobre kilkanaście lat temu. Sposób narracji, zachowania bohaterów drażnią, a rysunek rzadko wpada w oko. Pole Princess jest na dokładkę anime brutalnie nisko budżetowym, z przygotowanymi kilkoma modelami bohaterów, animowanymi następnie komputerowo. W porównaniu z Chłopcem i gęsią to liga podwórkowa. Sama historia jest bzdurkowata i nie będę się do niej odnosić, natomiast co do rurki… Okazuje się, że twórcy poprosili kilka pro poledancerek do nagrania swoich układów w trykotach z czujnikami i na tej podstawie animowali potem bohaterki. W efekcie przejścia wyglądają jak powinny, figury są generalnie zgodne z rurko-fizyką i biomechaniką ludzkiego ciała. A następnie zjebali cały ten wynik ubierając bohaterki w fikuśne mangowe stroje i buty. Na rurce nie rozbieramy się bo lubimy świecić gołym tyłkiem/brzuchem/plecami ale skóra przylegająca do rury pomaga wykonywać najróżniejsze ewolucje. Ubrana jak bohaterki serialu, mogłabym się wokół rurki co najwyżej posnuć. Nie polecę tej serii, ale że to 7 odcinków po kilka minut to w ramach ciekawostki można pyknąć.

Ukochane równanie profesora
Yōko Ogawa

A na koniec podsumowania — książeczka. W sumie dość dosłownie, bo to krótka powieść. Historia koncentruje się wokół gosposi, jej kilkuletniego syna zwanego Pierwiastkiem, i wreszcie — profesora matematyki, którego pamięć nie sięga dalej niż ostatnie 80 minut… Ta trójka buduje żmudnie swoją relację, tworząc mosty porozumienia ze wspólnej fascynacji matematyką i baseballem. A, że sama mam w liczby wkręt, śledziłam wywody profesora z wypiekami na twarzy… aż do zabawnej sytuacji gdy sama postanowiłam zrobić zadanie opisane w jednym rozdziale, wyszedł mi inny wynik i głębokie oburzenie zgasił dopiero K. wskazując mi błąd w przyjętych założeniach. Ah, shit! Powieść ma nieco bardziej dramatyczne momenty, ale w ogólnym rozrachunku to feel good lektura na wieczory w łóżku. Czyta się to szybko, bohaterowie są ciekawi, akcja ma swoje meandry, a japońskie realia dodają egzotycznego smaczku. Miła rzecz!



Pst. Z jeszcze innych, przeczytałam na Wired kilka niezłych tekstów. Ten o Efektywnym Altruizmie to highlight w skonsumowanej ostatnimi czasy publicystyce z takim oto soczystym cytatem: It’s difficult to get a man to understand something (...) when his salary depends on his not understanding it. And all the more when his self-image does. Szkoda, że nie obiłam się o niego w momencie zauroczenia tą filozofią, choć do finansowego zaangażowania zmotywował mnie ostatecznie nie “rozsądek” ale poryw serce związany z wojną na Ukrainie.

niedziela, 3 marca 2024

Zrzut #10

Durny miesiąc. Problemy zdrowotne starszych rodziców, moje przeziębienie, sajgon w pracy i niestety, wyjazdy służbowe. I Walentynki przerzucone “na później” w obliczu niemożności spędzenia czasu razem. Dużo smutku, trochę złości, więcej czasu w mojej głowie niż w słowach czy obrazach.

Chłopiec i czapla
Hayao Miyazaki

Przed Akirą oglądanym miesiąc temu poleciał trailer nowego filmu Miyazakiego. Wyglądał jak taki Miyazakowski klasyczek: opowieść o dojrzewaniu, ze sporą dawką magii i niesamowitymi bohaterami, pełną poruszeń serca, pięknych obrazów i z feel good całokształtem, którego bardzo potrzebowałam w tym okresie. I dokładnie tyle dowiózł, nie będąc może najwybitniejszym filmem w dyskografii japończyka, ale solidną sumą jego dotychczasowej twórczości. Fabularnie — historia toczy się w czasie drugiej wojny światowej aby jednak szybko przeskoczyć do świata “pod”, tajemniczego miejsca splątania domen żywych i umarłych. W orientalnej wersji Alicji z Krainy Czarów obserwujemy przygody Mahito, chłopca którego całe dotychczasowe życie przewróciło się do góry nogami. Są tutaj antropomorficzne zwierzęta o rozmaitych intencjach, niezwykłe umiejętności i okoliczności oraz charakterne bohaterki. A także nieco intelektualnego zacięcia, dodającego ciężaru finałowi opowieści. Trochę się powzruszałam, trochę pośmiałam, aby na koniec z przyjemnością rozgościć się w szczęśliwym zakończeniu.

Chibi Usagi: Atak chibi straszydeł
Julie i Stan Sekai

Jedna z moich ulubionych serii komiksowych, Usagi Yojimbo, obrosła w swojej 35 letniej historii w najróżniejsze przyczłapy. Najnowsza odsłona tych “apokryfów” to historia Usagiego, Tomoe i Gena, czyli głównych bohaterów oryginalnej sagi, w mangowej wersji “chibi”... nie będę tłumaczyć, już sama ilustracja na okładce pokazuje o co chodzi. Komiks jest skierowany do dużo młodszego odbiorcy niż oryginał, takiego w okolicach podstawówkowych. Spróbuję go podrzucić 7-letniej sąsiadce i zapytać co myśli, a tymczasem jako dorosła… wciąż bawiłam się świetnie podczas lektury. Usagi to świetny mix porywających historii z ciepłymi (choć nieprostolinijnymi!) bohaterami, subtelnym humorem oraz realistycznie oddanymi japońskimi realiami. Tutaj ten ostatni element został mocno zredukowany, ale pozostałe atuty twórcy zachowali, dostosowując je jedynie do dzieci. A jeśli chodzi o historię — jest o trójce naszych bohaterów ratujących wioskę glinianych ludzików Dogu przed złowrogą, ziejącą ogniem salamandrą. Na godzinną wieczorną lekturę było jak znalazł!


Dzieje Bizancjum
Polityka

Moje wybory czytelnicze są w tym momencie w dużej mierze umotywowane potrzebą zwolnienia obrotów przed pójściem spać. Dzieje Bizancjum, wydanie specjalne Polityki, zdawały się doskonałe — nie porywające na tyle aby mnie zatrzymać przy sobie na dłużej, ale nie nudzące tak, aby nie chciało mi się po nie sięgać. Wywiązały się z zadania. Zdarzały się w tej kompilacji artykułów teksty wciągające, jak o roli kobiet w Bizancjum czy o jego pozycji “drugiego Rzymu”, która ostatecznie doprowadziła do europejskiego renesansu, ale też teksty mierne, jak wymienianie kolejnych bizantyjskich historyków i ich dzieł czy wchodzenie w niuanse kształtowania się poszczególnych chrześcijańskich sekt, przy których dopadała mnie tak pożądana senność. Po 130 stronach trwająca 2 tysiące lat biała plama na mojej mentalnej mapie Europy została zgrubnie zarysowana, po pełniejszy obraz sytuacji należałoby sięgnąć jednak po jakiś podręcznik.

poniedziałek, 5 lutego 2024

Zrzut #9

Kolejny miesiąc i znowu zrzut. Na Akirę na dużym ekranie czekałam chyba od października, opowiadanie też swoje odczekało, bo leżało na Kindle’u od kiedy dawno temu kupiłam całą kompilację Strugackich i tak sobie po kawałku odczytuję.

Akira
Katsuhiro Otomo

Pamiętam Akirę jeszcze z późnonastoletnich lat, anime oglądanego z VHSa i 18 tomów mangi wciąż stojących na półce w rodzinnym domu. Z fabuły w głowie zostały mi już tylko zarysy, wciąż jednak miałam smak emocji na języku. Zatem gdy na 25-tą rocznicę premiery ogłoszono wersję z obrazem 4k i podrasowanym dźwiękiem, od razu dodałam film do listy wypatrywanych premier. Akira to nietypowo skonstruowana narracja. Jest zawiązanie ale potem 3/4 filmu przypomina to, co zazwyczaj jest finałem, ze spektakularnie (ręcznie!) rysowaną destrukcją Neo Tokio jako centralnym punktem akcji. I czerpałam z obserwowania tego zniszczenia jakąś pierwotną satysfakcję. W mandze rozwijane jest wiele wątków, które tu się przewijają jedynie na moment, na tyle tylko aby wprowadzić bohaterów, dać im jakiekolwiek tło. Niuanse giną kosztem eskalacji konfliktu między Tetsuo a Kanedą, taktowanego pulsującą w uszach muzyką. Powrót do tego świata na dużym ekranie wbił mnie w fotel. W dobie rezurekcji cyberpunka, historia nie straciła nic na nic ze swej mocy.


Trudno być bogiem
Arkadij i Boris Strugaccy

No i Strugaccy po raz kolejny. Tym razem w nieco nietypowym, bo fantastycznym, przebraniu z filozoficzno-sf twistem. Akcja dzieje się na jakieś planecie, gdzieś z dala od Ziemi. Rasa ludzka jest tutaj na dużo wcześniejszym etapie rozwoju cywilizacji, w jakimś ekwiwalencie średniowiecza (co w sumie wskazuje na moją historyczną ignorancję, skoro ta epoka trwała blisko 1000 lat…). W królestwie Arkanar swoją misję kontynuuje ziemianin Anton, dla lokalsów don Rumata, obserwując turbulencje wstrząsające tutejszym porządkiem politycznym i społecznym. Ponieważ jednak sprawozdania czyta się gorzej niż narracje, bohater angażuje się w sytuację bardziej niż protokół przewiduje, co doprowadzi do całego ciągu niepożądanych zdarzeń i tragicznego finału z bon motem, że trudno jest być bogiem i brzemię tej roli utrzymać… tak samo jak trudno jest być człowiekiem, w humanistycznych tego terminu sensie. To mini-powieść, którą czyta się przyjemnie, bywa zabawnie, bywa mocno, bywa poruszająco, bywa smutno. A całości, nieźle zbalansowanej, brakuje jedynie charakternych damskich bohaterek. Anka pojawia się w Prologu i Epilogu i brakowało mi jej na pozostałych 100-coś stronach. W ogólnym rozrachunku jednak — kolejna już na liście udana pozycja autorstwa rosyjskich klasyków fantastyki.


Pst. W przeciągu ostatnich 3 lat Wired wypuściło kilka tekstów składających się na cykl How to survive history. Autor, Cody Cassidy, bierze na tapet kilka spektakularnych katastrof w historii ziemi/ludzkości i opisuje co się wydarzyło oraz co trzeba by było zrobić aby je przeżyć. Doskonała rzecz z licznymi, uroczo niepraktycznymi, aczkolwiek solidnie zriserczowanymi, wskazówkami.

Pst Pst. To jeszcze w kwestii indywidualnych olśnień. Przez praktycznie całą swoją historię byłam przekonana, że bierze się na tapetę, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, i dopiero niedawno dowiedziałam się, że to taki stół.

niedziela, 5 listopada 2023

Zrzut #7

No to na szybko — zrzut dwóch rzeczy, które udało mi się przeczytać. Miało tu być jeszcze co nieco o drugiej części Diuny, ale przesunięto premierę na marzec 2024, więc czekamy.

Sandman: Uwertura
Neil Gaiman, J.H. Williams III, Dave Stewart

Uwertura to zarówno pre- jak i postscriptum głównej serii. Przypomnijmy, zaczyna się ona od uwięzienia Morfeusza po tym jak “wyczerpany wracał z dalekiej podróży”. Jednak co to była za podróż i czemu stanowiła takie wyzwanie, nie dowiemy się aż do tego tomu. Opowieść snuje się między jawą a snem, między różnymi planami czasu i alternatywnymi wersjami rzeczywistości. Są zapadające w pamięć sceny, krwiści bohaterowie, filmowe dialogi, oniryczny nastrój błądzenia w labiryncie historii. To niby tylko epizod z istnienia Nieskończonego, ale dotyka tematów jego początków i końca, rozszerzając znaczenie pre- i post- umieszczonych w pierwszym zdaniu. Uwertura jest piękna także w dosłownym sensie. J.H. Williams III przepięknie zilustrował scenopis, a Dave Steward — sugestywnie pokolorował. Lubię pierwsze tomy serii, ale jednak graficznie ich jakość jest… dyskusyjna. To co się dzieje tutaj jest ucztą dla oczu porównywalną z Nocami Nieskończonymi.

Z takich rzeczy innych — do tomu zostały dołączone rozmowy z jego twórcami, gdzie np. opowiadają jaki był proces kreatywny za poszczególnymi rozwiązaniami. Dobrze się to czyta. Kiedyś już pisałam, że komiks to nie rysunek + tekst i w tych komentarzach wychodzi to wielokrotnie. Neil pisze w posłowiu, że ma nadzieję, że po lekturze czytelnik zechce powrócić do głównego cyklu, aby spojrzeć na niego w nieco innym świetle. No, mnie przekonał.


Jedz normalnie. Osiągaj więcej
Arkadiusz Madras, Dietetyka #NieNaŻarty

Heh, nie mogło zabraknąć tematów dietetyczno-treningowych. Ta pozycja to dietetyka 101, jakiej brakowało na polskim rynku. Skierowana do szerokiego gremium książka porusza kilkanaście głównych tematów związanych z żywieniem (czy nawet ogólniej: zdrowym stylem życia), przy każdym dając proste rekomendacje osadzone w evidence based medicine. Drżyjcie szamani o 20,000UI witaminy D, zaśluzawiające mleko i jedzenie pomidora z ogórkiem! Arek nieźle wypośrodkowuje poziom trudności, tłumacząc mechanizmy stanowiące podstawę do zaleceń, ale nie wchodząc w biochemiczne szczegóły. Generalizuje aby uprościć przekaz, choć czasem zaznaczy, że jest niuans na który chcesz zwrócić uwagę jeśli są ku temu przyczyny (np. ładunek glikemiczny w cukrzycy). Wreszcie, dotknie też praktykaliów — jak wprowadzić wszystkie te pomysły w życie, nie spędzać życia w kuchni, ruszać się aby zachować jak najdłużej zdrowie — a nawet podrzuci przykładowy kilkudniowy jadłospis.

Jeśli chcesz uporządkować swoją wiedzę z dietetyki, albo dostać jak kawa na ławę instrukcję jak jeść aby to miało ręce i nogi, a dodatkowo jest umocowane w bieżącej wiedzy z zakresu żywienia, totalnie polecam. Kupiłam egzemplarz najpierw sobie, a potem jeszcze kolejne dwa do sprezentowania 😃.

sobota, 14 października 2023

Zrzut #6

No, nie za wiele się działo w ostatnim czasie. Choć “zrzut” wyszedł nieco dłuższy bo się jednak kilka rzeczy nazbierało przez 2 miesiące. Będzie jedna książka treningowa, jeden reportaż, jedna fabuła i wreszcie jeden film.

Gotowy do biegu
Kelly Starrett, T.J. Murphy

Biegam sobie już dobre kilka lat, zaliczając po drodze kontuzje niespecjalnie zawinione (jak poważne stłuczenie łydki po spierdoleniu się z roweru w rów czy skręcenie kostki na rurce), ale i klasyczne przeciążeniowe (shin splints i zapalenie rozcięgna podeszwowego). Zmieniłam technikę biegu, zatroszczyłam się o fundamenty i póki co jest nieźle, natomiast… mogę sobie teraz pluć w brodę, że nie wpadłam na Kelly’ego wcześniej. W książce ten doktor fizjoterapii opisuje 12 elementów, o które należy się zatroszczyć aby biegać bez bólu długie lata. Każdy element jest uzasadniony opisem jego wpływu na biomechanikę biegu, opisywany jest poprawny wzorzec ruchu. Kelly dorzucił też testy sprawnościowe oraz proponuje proste ćwiczenia aby kontuzji nie tyle leczyć ile im zapobiegać. Jego hinty są pisane z myślą o trenujących sporty z elementami biegania, natomiast nieźle ekstrapolują się na życie w sprawności w ogólnym sensie. Mnóstwo dobrej wiedzy i praktyki, którą dorzucam do mojej rutyny od już.

Mam dwa komentarze — pierwszy o rekomendacji o piciu izotoników wszędzie i ciągle. Dietetyka sportowa nie podziela tego stanowiska, natomiast… w Stanach temat może wyglądać nieco inaczej. My jednak jemy jakieś warzywa i owoce, podaż elektrolitów w typowej diecie polaka może wyglądać inaczej niż typowa podaż amerykanina. Druga kwestia to przywiązanie Kelly’ego do butów minimalistycznych. Po iluś latach bolączek ze stopą serce mi staje w gardle gdy czytam taką sugestię. Na tym etapie myślę, że to piękny ideał, coś do czego można dążyć, natomiast w praktyce nieosiągalny dla większości.


Przegryw. Mężczyźni w pułapce gniewu i samotności
Patrycja Wieczorkiewicz, Aleksandra Herzyk

Ze światła w mrok. Ta książka kusi, bo oferuje zajrzenie do zamkniętych incelskich grup. Byłam ciekawa, co motywuje mizoginię, agresywne zachowania (swego czasu było głośno o morderstwach popełnianych przez osoby identyfikujące się jako “incele”), narrację ofiary i dostałam odpowiedź — autorki rozbrajają sposób myślenia, wartości i zachowania tego środowiska. Prezentują kilkunastu bohaterów ale i otwierają przestrzeń na dyskusję, budują konteksty i rozszerzają prezentowaną przez bohaterów narrację. Pisane jest to wszystko swobodnym językiem, korzystającym z internetowej nowomowy (spokojnie, jest słowniczek), zabawnym ale i traktującym bohaterów z szacunkiem.

A co do tych gości… ciężko z nimi nie empatyzować ale i ciężko lubić. Mój stosunek pozostał pełen zrozumienia ale i wyrażający niezgodę na prezentowaną wizję świata. Incelska argumentacja ocierała się momentami o absurd (jak niemożność znalezienia partnerki przez szczupłe nadgarstki, generalizacje dotyczące damskiej części populacji) ale i pokazuje jak całkiem przypadkiem, przez neuroatypowość, fakt urodzenia się w złym miejscu, uwikłanej rodzinie, można wylądować w potwornie trudnej sytuacji, a radykalizacja jest próbą poradzenia sobie z nią. W konfrontacji z “przegrywami” feministyczne oko o lewicowej wrażliwości sprawdziło się nadzwyczaj dobrze.


Całopalenie
Robert Marasco

Ileż ja się do tej powieści zbierałam, rok? Bo problem w tym, że ja czytam raczej wieczorami, przed snem, a to jest taki klasyczek horroru, więc może być strasznie, a strasznych rzeczy ja się potwornie boję… A potem się dorwałam i wciąż z sercem na ramieniu czytałam wieczorami, aby pożreć w 4 dni, wciąż w rozdarciu czy ryzykować konfrontację z potworem i straszki w ciemnej sypialni, czy dać upust ciekawości. Bo, że będzie jakiś potwór to jasne, w końcu to powieść o nawiedzonym domu, nieopatrznie wynajętym na wakacje przez małżeństwo z małym dzieckiem, zmęczone sobą i spędzaniem lata w mieście. A tymczasem mijały kolejne strony jakiejś takiej społeczno-obyczajowej powieści, aż bąknęłam w rozmowie z 9 kier po 90 stronach lektury, że “wciąż czekam na zawiązanie akcji” (“oj, to sobie poczekasz”)...

Powieść tymczasem powolutku tężała, niemal niepostrzeżenie przechodząc z obyczajówki w stronę grozy, aby wreszcie zagęścić atmosferę tak, że można ją kroić nożem. To nie jest horror z grunty Blair Witch Project, bliziutko mu do Nawiedzonego domu na wzgórzu, gdzie jest klimacik, rozbudowani psychologicznie bohaterowie, sporo introspekcji i długich ujęć. Spokojne tempo przyspiesza w pojedynczych scenach, a po każdej kulminacji napięcie już nie opada, prowadząc ostatecznie do mocnego, zapadającego w pamięć finału.


Znachor (2023)
reż. Michał Gazda

Nigdy nie widziałam starszej wersji Znachora i chyba już nie zobaczę, bo ta nowa to perełka. Trafiłam na nią przypadkiem, akurat mi wyskoczyła na landing page Netflixa, z angielskim tytułem Forgotten Love, który mówił nic, ale zaintrygował trailerem umieszczonym gdzieś w międzywojennej Warszawie. A potem poszło! Głównym bohaterem jest tytułowy znachor, wybitny lekarz, który po utracie pamięci włóczy się po mazowieckich wsiach, próbując poskładać sobie na nowo życie. I to jest dobra historia, sprawnie budująca momenty napięcia i je rozbrajająca, z kilkoma zwrotami akcji i raczej zaskakująca. Sporo było niedopowiedzeń w obrazie zdarzeń, dialogach czy reakcjach bohaterów, które przyjemnie rozwijałam sobie w głowie w prawdopodobne wyjaśnienia, a potem obserwowałam na ile moje hipotezy zgadzają się z dalszą akcją. Jest też chwytająca za serce końcówka i szczęśliwe zakończenie. Ot, jak to w udanych melodramacie.

Jednak przede wszystkim, są Bohaterki i to pisane z wielkiej litery. Spektakularne damskie osobowości: Marysia, córka doktora przekonana o byciu sierotą po śmierci matki i stawiająca pierwsze kroki w dorosłość; oraz Zosia, charakterna wdowa po młynarzu, zaradna i sprytna wiejska baba. Ich historie są równie ciekawe jak znachora, a każde wejście na scenę zapowiada trzęsienie ziemi. Rewelacyjne postaci, świetnie napisane i zagrane. Zastrzeżenie do filmu mam chyba tylko jedno i to taktowanie akcji. Pierwsze dwie godziny toczą się w nieco onirycznym tempie, aby na ostatnie pół gwałtownie przyśpieszyć, jakoś nieproporcjonalnie bardziej niż by się chciało. No, zdecydowana polecajka.