Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komiks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komiks. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 października 2024

Zrzut #14

Urlop! Miałam trzy tygodnie wolnego, wykorzystałam je głównie na szwędanie się po dwóch lubianych i jednym nowym miejscu, ale znalazło się dzięki temu także trochę więcej przestrzeni do czytania i oglądania 😊

Obok tego co poniżej opisałam, byłam w kinie na reżyserskiej wersji Czasu Apokalipsy (Apocalypse Now. Final Cut). Nie będę się rozpisywać bo to klasyczek, natomiast po latach wciąż robi piorunujące wrażenie. Film na nieco ponad trzy godziny przykuł mnie do ekranu, choć w siedzenie na dupie i oglądanie rzeczy jestem zdecydowanie słaba. A jeszcze długo po w uszach wibrował mi dźwięk śmigieł helikopterów, a przed oczami miałam sugestywne obrazy. Groza, ale jaka doskonała.

Tak działa mózg. Jak mądrze dbać o jego funkcjonowanie
dr Asia Podgórska

Na pierwszy rzut, najbardziej wymagająca z opisywanych pozycji. To nawet nie jest książka popularnonaukowa, ale podręcznik neurobiologii i neurochemii z obszernym fragmentem dotyczącym medycyny stylu życia. A że ze wszystkimi tymi obszarami moja relacja jest raczej luźna, to internalizacja tego, co się tutaj dzieje, nie przychodziła łatwo. Na początku autorka opisuje budowę mózgu, przybliża funkcjonowanie neuroprzekaźników. Po pierwsze: jej wiedza w temacie jest obszerna i dobrze ustrukturyzowana, po drugie jednak: zabrakło grafik, które by pomogły wytłumaczyć te solidne dwieście stron biologii i chemii. Druga część książki jest tytułowym dbaniem o mózg i tutaj i język robi się lżejszy, a temat łatwiej strawny. W jaki sposób używki, sen, dieta czy ruch wpływają na jego sprawność? Doktor wykorzysta to co opisała wcześniej do przybliżenia mechanizmów stojących za neurodegeneracją, obszerne fragmenty poświęcając Alzheimerowi i zaburzeniom depresyjnym. Odnalazłam się w tym i kilka głupot nie zrobiłam bo powstrzymała mnie troska o mój mózg. Trochę też więcej mam teraz dla siebie wyrozumiałości, bo czasem te głupoty to nie mój stoicki rozum, ale miotająca mną chemiczna zupa.

Książkę z uwagi na temat wg mnie zdecydowanie warto przeczytać a jej “take away” są do zastosowania na już. Natomiast potrzebowałaby agresywniejszej redakcji, która by ten ocean faktów objęła narracją. Widać też było, że niektóre fragmenty były przesuwane, ale już nie zadbano o prawidłowe zaadresowanie odnośników (np. pada “wspomniane już astrocyty”, choć komórki glejowe są wprowadzone kilkadziesiąt stron dalej), zdarzały się akapity z umykającym logicznym sensem, bo jakby zabrakło zdania pomiędzy albo wepchnięto jakieś inne. Dr ex-Podgórska (teraz już Wojsiat) ma już zakontraktowaną drugą książkę i sięgnę po nią, natomiast mam nadzieję, że wydawnictwo rzuci więcej kasy w post-produkcję.

Miliard lat przed końcem świata
Arkadij Strugacki, Borys Strugacki

Męczę niezmiennie w każdy wyjazd kolejne pozycje z antologii braci Strugackich, tym razem w 3 dni pożerając to nieco dłuższe opowiadanie. Miliard lat… to kameralna historia, akcja rozgrywa się w dwóch mieszkaniach, w przeciągu jakichś, hehehe, 3 dni. Ciężko mi nawet powiedzieć aby to było science-fiction, bo element fantastyczny jest tu jedynie subtelnie zarysowany, skręcając bardziej w stronę absurdu rodem z Procesu Kafki niż pełnoprawnej fantastyki do jakiej u braci przywykłam.

Mamy grupę naukowców, którym przytrafia się seria niecodziennych sytuacji. W tle jest jeszcze radziecka Rosja i smaczki rodem z PRLu, okraszone ciętym dowcipem, a jakby tego było mało, główny bohater zajmuje się matematyką! Wpadłam w tę historię jak śliwka w kompot. Potem jednak było gorzej, bo solidna ⅓ treści to dywagacje próbujące wytłumaczyć wcześniejsze wydarzenia. Pali się papierosy, pije i gada gada gada… I gdy wydawało się, że już nic tej historii nie uratuje, pojawiła się ciekawa damska postać i wreszcie mocne zakończenie. Podsumowując, nierówna rzecz i raczej do pominięcia na rzecz dużo lepszych Piknik na skraju drogi i Poniedziałek zaczyna się w sobotę.

U-Boot
Jean-Yves Delitte

Ten komiks był prezentem dla pewnego fana U-Botów, ale tak wyszło, że i ja miałam okazję go przeczytać. To typ opowieści, którego raczej unikam: oparta na prawdziwych wydarzeniach ekstrapolacja w alternatywną rzeczywistość (chociaż taki Lód… hm…). Tutaj mamy snapshop z losów jednej hitlerowskiej łodzi podwodnej, będącą “zwornikiem sklepienia” dla kilkunastu różnych historii. Autor skacze między miejscami i czasami, nierzadko na sąsiednich stronach. Rozkręca się to to jak rasowy geist movie, aby po 2 (z 4) zeszytów wątki zaczęły ładnie składać się do kupy… I wtedy mamy wprowadzonych kolejnych bohaterów, kolejne plot twisty, aż do okrutnie najebanego akcją finału, gdzie wiarę poszłam i zawiesiłam na kołku w korytarzu. Wygląda to trochę tak jakby zeszytów miało być 6 i trzeba było dopychać kolanem, albo w szale piętrzenia kolejnych poziomów intrygi autor się zapędził i nie umiał ładnie wybrnąć.

Komiks to “klasyczna francuska szkoła”, aczkolwiek na zauważenie zasługuje pietyzm w malowaniu statków, wodnych i powietrznych. Wspomniany już fan był w stanie nazwać modele występujących tam samolotów, a na łodzi podwodnej kolejne ujęcia były spójne przestrzennie (np. obok drzwi zawsze była konkretna wajcha, a kokpit miał te same wajchy… takie tam zwyrolskie zabawy). Całość to dzieło z klasy: “No, można przeczytać”.

People Watching
Cracked

Mam skrzywienie w stronę treści, które początkowo wyglądają na zabawne, aby zacząć w trakcie ryć ci głowę, kończąc w kompletnie nieoczekiwanym miejscu i zostawiając z poczuciem dyskomfortu. Tak, to o tobie też, John Oliver’s Last Week Tonight. W każdym razie, w tę kategorię spokojnie mogę wrzucić opisywane jakiś czas temu Subnormality, ale też inny projekt Winstona Rowntree, czyli People Watching. To serial animowany zrealizowany z portalem Cracked, dostępny z całości na YouTube. Fabularnie to 2 sezony po 10 odcinków, każdy po ~10 minut. Natomiast, mimo “szybkiego” formatu, to tak bardzo nie jest to do zbinge’owania. Po każdym odcinku potrzebowałam zrobić pauzę.

Będzie o depresji, niedostosowaniu społecznym, zagubieniu. Bywa mrocznie, choć są też odcinki nostalgiczne, zostawiające nas z pozytywnym przesłaniem i dające nadzieję, że mimo całego gówna, kiedyś będzie ok. Bohaterowie wypluwają z siebie ściany tekstu tworząc rozgorączkowaną narrację, wciągając nas w spiralę swoich myśli. I jeśli są progi wejście do tego serialu to język jest zdecydowanie jednym z nich. Już w Subnormality WR odjeżdżał leksykalnie, a tutaj jest to samo ale wypowiadane z tempem karabinu maszynowego. Włączyłam napisy. Po polsku. Kurczę, to takie wyświechtane hasło, ale ciężko przejść obok People Watching obojętnie. Mocna, dobra rzecz.

niedziela, 3 marca 2024

Zrzut #10

Durny miesiąc. Problemy zdrowotne starszych rodziców, moje przeziębienie, sajgon w pracy i niestety, wyjazdy służbowe. I Walentynki przerzucone “na później” w obliczu niemożności spędzenia czasu razem. Dużo smutku, trochę złości, więcej czasu w mojej głowie niż w słowach czy obrazach.

Chłopiec i czapla
Hayao Miyazaki

Przed Akirą oglądanym miesiąc temu poleciał trailer nowego filmu Miyazakiego. Wyglądał jak taki Miyazakowski klasyczek: opowieść o dojrzewaniu, ze sporą dawką magii i niesamowitymi bohaterami, pełną poruszeń serca, pięknych obrazów i z feel good całokształtem, którego bardzo potrzebowałam w tym okresie. I dokładnie tyle dowiózł, nie będąc może najwybitniejszym filmem w dyskografii japończyka, ale solidną sumą jego dotychczasowej twórczości. Fabularnie — historia toczy się w czasie drugiej wojny światowej aby jednak szybko przeskoczyć do świata “pod”, tajemniczego miejsca splątania domen żywych i umarłych. W orientalnej wersji Alicji z Krainy Czarów obserwujemy przygody Mahito, chłopca którego całe dotychczasowe życie przewróciło się do góry nogami. Są tutaj antropomorficzne zwierzęta o rozmaitych intencjach, niezwykłe umiejętności i okoliczności oraz charakterne bohaterki. A także nieco intelektualnego zacięcia, dodającego ciężaru finałowi opowieści. Trochę się powzruszałam, trochę pośmiałam, aby na koniec z przyjemnością rozgościć się w szczęśliwym zakończeniu.

Chibi Usagi: Atak chibi straszydeł
Julie i Stan Sekai

Jedna z moich ulubionych serii komiksowych, Usagi Yojimbo, obrosła w swojej 35 letniej historii w najróżniejsze przyczłapy. Najnowsza odsłona tych “apokryfów” to historia Usagiego, Tomoe i Gena, czyli głównych bohaterów oryginalnej sagi, w mangowej wersji “chibi”... nie będę tłumaczyć, już sama ilustracja na okładce pokazuje o co chodzi. Komiks jest skierowany do dużo młodszego odbiorcy niż oryginał, takiego w okolicach podstawówkowych. Spróbuję go podrzucić 7-letniej sąsiadce i zapytać co myśli, a tymczasem jako dorosła… wciąż bawiłam się świetnie podczas lektury. Usagi to świetny mix porywających historii z ciepłymi (choć nieprostolinijnymi!) bohaterami, subtelnym humorem oraz realistycznie oddanymi japońskimi realiami. Tutaj ten ostatni element został mocno zredukowany, ale pozostałe atuty twórcy zachowali, dostosowując je jedynie do dzieci. A jeśli chodzi o historię — jest o trójce naszych bohaterów ratujących wioskę glinianych ludzików Dogu przed złowrogą, ziejącą ogniem salamandrą. Na godzinną wieczorną lekturę było jak znalazł!


Dzieje Bizancjum
Polityka

Moje wybory czytelnicze są w tym momencie w dużej mierze umotywowane potrzebą zwolnienia obrotów przed pójściem spać. Dzieje Bizancjum, wydanie specjalne Polityki, zdawały się doskonałe — nie porywające na tyle aby mnie zatrzymać przy sobie na dłużej, ale nie nudzące tak, aby nie chciało mi się po nie sięgać. Wywiązały się z zadania. Zdarzały się w tej kompilacji artykułów teksty wciągające, jak o roli kobiet w Bizancjum czy o jego pozycji “drugiego Rzymu”, która ostatecznie doprowadziła do europejskiego renesansu, ale też teksty mierne, jak wymienianie kolejnych bizantyjskich historyków i ich dzieł czy wchodzenie w niuanse kształtowania się poszczególnych chrześcijańskich sekt, przy których dopadała mnie tak pożądana senność. Po 130 stronach trwająca 2 tysiące lat biała plama na mojej mentalnej mapie Europy została zgrubnie zarysowana, po pełniejszy obraz sytuacji należałoby sięgnąć jednak po jakiś podręcznik.

niedziela, 31 grudnia 2023

Zrzut #8

Chwila przerwy bo listopad i grudzień były dziwne, ale jestem sobie jestem i wciąż coś tam czytam i oglądam. Poza pierwszą pozycją wszystkie pozostałe to jednak rzeczy wymagające więcej czasu na przerobienie, dołożyło mi się to do poślizgu Zrzutu.

1670
Netflix

Dostaję wysypkę na konserwatywne narodowe nadęcie. Już myślałam, że mi biało-czerwoną flagę zawłaszczyła prawicowa narracja, a oto jest ona, satyra na Polskę do granic polskości, opowiedziana ostrym jak brzytwa dowcipem, ale z sympatią i czułością. W 1670 narodowe przywary personifikuje Jan Paweł, szlachcic z zaścianka, intelektualnie wciąż w średniowieczu, z przerośniętym ego i niechęcią do postępu, za to z sercem na dłoni i prostolinijnością w działaniu. Na jego drodze zostania najsłynniejszym Janem Pawłem w historii Polski staną jednak sejmiki do zawetowania, zaraza do pokonania, marsz równości, sąsiad zza miedzy, kontestujący pańszczyznę chłopi, planujący karierę muzyczną syn, ale i córka o lewicowych poglądach. Fraza się leje powłóczyście, nieco rapowo… hm, taka trochę Masłowska i Wojna polsko-ruska. Dosadne puenty przebijają jedna drugą, a żarty czerpią garściami ze stereotypów, motywów historycznych, ale i realiów XXI wieku tego pięknego (“od czerwca do września”) kraju. No, śmiechłam nie raz i nie dwa i zdecydowanie polecam, zwłaszcza, że ogląda się to szybciutko (całość to 8 odcinków po ~30 minut).


Subnormality
Winston Rowntree (Virus Comics)

Co jakiś czas jęczę tutaj, że komiks to nie obrazki z tekstem a tymczasem wbiłam się i przebijam przez “copyrighted walls of text” okraszone jakimiś ilustracjami. Nie wiem o czym jest ten komiks. To dywagacje najrozmaitszych indywiduów, dialogi układane w sekwencje które wymykają się porządkowi społecznych interakcji, monumentalne monologi wewnętrzne, zadziwiające trajektorie zdarzeń, momentami historie, które nawet nie są śmieszne, ale zostawiają cię z głębokim poczuciem skonfundowania. Jeśli jest w tym jakikolwiek “motyw przewodni” to chyba… absurdy rzeczywistości i jej najrozmaitsze wkurzające pułapki. Komiks wychodzi od 2007, początkowo co tydzień, od dłuższego czasu jest aktualizowany co najwyżej sporadycznie. U zarania dziejów to był nieco dziwny strip, z czasem wyewoluował w mini-powieści graficzne, podniosła się jakość ilustracji a fabuła historyjek zrobiła bardziej złożona. Na tyle, że Watching dostał nawet nagrodę na najlepszy komiks internetowy. Zacznijcie od tego miejsca zanim zdecydujecie się na zagrzebanie w tym dość nierównym zgiełku.

A jak już przy historiach jesteśmy, to WR napisał też co najmniej jedną dłuższą: Captain Estar Goes to Heaven. To rzecz sprzed 20 lat, rysowana dość karkołomnie, ale z całkiem ciekawą historią. Ah, no i nie ma ścian tekstu a całość zajmie jeden wieczór.


What Is ChatGPT Doing... and Why Does It Work?
Stephen Wolfram

To miał być “artykuł o chacie GPT z Internetu” ale właśnie zorientowałam się, że został również wydany jako 100-stronicowa książeczka. Przestaję się dziwić, że przebijałam się przez niego ze dwa tygodnie. Bo to jest publikacja heroiczna. Stephen wprowadza podstawy rachunku prawdopodobieństwa, mówi o uczeniu maszynowych, rozpoznawaniu obrazów, opowiada o cyfrowych neuronach i sieciach neuronowych, stopniowo wprowadzając coraz bardziej złożone koncepcje z obszaru Large Language Models. Tylko, że równolegle odbywa się drugi dyskurs: jak to się dzieje, że to jest w ogóle możliwe, choć zdawało nam się, że problem języka jest “nieredukowalny” do ciągu obliczeń, pojęcie “sensu” tekstu wymyka się logicznym definicjom, a my nawet nie zbliżyliśmy się do “ogólnej sztucznej inteligencji” (czyli takiej o plus minus ludzkich możliwościach). Powiedziałabym, że tekst jest skierowany do raczej technicznego audytorium* choć niekoniecznie obcykanego z tematyką data science.

Całość do przeczytania tutaj.

* tak, jest też kodziaszek 😏


Kitchen as a laboratory
Redakcja: Cesar Vega, Job Ubbink, Erik van der Linden

Lubię gotować i jeść, lubię fizykę i chemię. Ktoś dobre 8 lat temu zsumował te zmienne i dostałam na urodziny książkę o nauce w kuchni. No, chwilę musiała poleżakować zanim się do niej zabrałam i chyba nawet dobrze, bo mój ówczesny angielski raczej by tej lektury nie uniósł. Do brzegu! Ta książka to zbiór 32 esejów na temat food science. Powiedziałabym “prac naukowych”, ale no.. nie. Są rozdziały trzymające się rygorystycznych zasad metody naukowej, ale są i impresje z wizyty w “ślepej” restauracji i rozważania o wpływie poza-jedzeniowych czynników na doświadczenie smaku. Jest rozdział, który opisuje czym na molekularnym poziomie są lody i jak tę strukturę fizyko-chemicznie modyfikować aby wywołać inne efekty organoleptyczne, ale jest też rozdział o tym jak zastąpić ekstrakt z jednej rzadkiej rośliny w jakichś tureckich słodyczach czymś innym. W efekcie powstał zrzut rzeczy, które: a) są w różnych stopniu aplikowalne w domowych warunkach (z naciskiem na raczej nie), b) dotyczą dań które lubię lub nie i nie planuję tego zmieniać (np. faszerowane świńskie nóżki), c) w różnym stopniu jest tam mięso nauki kosztem eseistyki. Przetrwałam tę lekturę ale chyba dlatego, że mam problemy ze snem, a przy niektórych kawałkach dobrze się zasypiało… Ah, no i przyda się wiedza z chemii i fizyki na poziomie liceum, bo momentami schodzimy dość niskopoziomowo do tego co się w garnku dzieje.

niedziela, 6 sierpnia 2023

Zrzut #5

Kolejny odcinek “Zrzutu” jest sponsorowany przez 9 Kier, od której pożyczałam komiksy i książkę!

Tak właśnie przegrywasz Wojnę Czasu
Amal El-Mohtar, Max Gladstone

Jakie to było ładne! Gatunkowo to sf, formalnie jednak — powieść epistolarna. W multiuniversum toczą między sobą wojnę pierwotny Ogród i postludzka Agencja. Dwie agentki z przeciwnych stron frontu zaczynają wymieniać między sobą liściki, początkowo komentujące wojenne działania, z czasem coraz bardziej osobiste. Książka ładnie rozgrywa paradoksy podróży w czasie, płynnie przenosi między indywidualistyczną i technokratyczną rzeczywistością Agencji a wszechświadomym i cierpliwym bytem Ogrodu. Taki trochę Matrix, trochę Diamentowy wiek. A przy tym jest to wszystko tak uroczo romantyczne, z liścikami zapieczętowanymi woskiem, perfumowaniem papieru i parzeniem herbaty. Prąd między bohaterkami iskrzy, a ja pożarłam książkę w jeden długi dnio-noc, z niecierpliwością wypatrując odpowiedzi na kolejną wiadomość.

Black Paradox
Junji Ito

Czytałam wcześniej 2 zbiory opowiadań od Junjiego Ito: Shiver i Fragments of Horror. Black Paradox jest o tyle inny, że to dłuższa historia, rozpisana na 6 rozdziałów i 200 stron. Cztery osoby umawiają się w tytułowym serwisie na grupowe samobójstwo ale przy jego próbie zaczynają dziać się dziwne rzeczy… które eskalują wraz z postępującym szaleństwem postaci. W opowiadaniach bohaterowie są ledwie zarysowani, tutaj autor ma szansę nadać ich osobowościom i relacjom głębi. Wychodzi z tego umiarkowanie obronną ręką choć nie wykluczam, że to ja i mój problem z mangowym sposobem konstruowania narracji. Komiks jest kwalifikowany jako horror manga ale jego nastrój mocno skręca w stronę weird fiction rodem z Lovecrafta, którego zresztą Ito podaje jako swoją wielką inspirację. Kolejne wydarzenia zaskakują, a ich związek z obiektywnie uznawaną rzeczywistością staje się coraz luźniejszy. Ah, no i jako, że są tam też obrazki to nadmienię, że graficznie komiks jest mocny, a już elementy dziwaczności są spektakularne. Ito uwielbia dłubać detale w rysunkach potworów i to jest najmocniejsza strona tego tomiku.


To nie wyczerpuje listy przejrzanych rzeczy. Rzadko o tym kawałku piszę, ale kompulsywnie kupuję i kartkuję książki kucharskie. Tym razem było to One (pol. Jedno) Jamie’go Olivera. Lubię go bo to taka bezpretensjonalna, niezbyt skomplikowana kuchnia. W One są przepisy na jednogarnkowce różnego rodzaju, wyglądające na moje smaki, no i ta oszczędność czasu oraz zamieszania. Będzie gotowane!

Przebijałam się też The story of us Tima Urbana z bloga Wait but why, która ostatnio została zedytowana, rozszerzona i wydana jako książka What’s our problem. Tim usunął pierwotne posty z bloga… ale od czego jest webarchive. No więc czytam to monstrum, bo każdy wpis zajmuje kilka dobrych godzin. Tim konsekwentnie buduje aparat pojęciowy, aby w finale użyć go do umotywowania hipotezy, czemu współczesne amerykańska polityka jest tak bardzo zjebana. Odwołuje się do Stanów, natomiast nie jest trudno tę perspektywę przenieść na polskie podwórko. Czyta się to nielekko, mimo licznych komiksowych wstawek, ale doceniam tę serię za dostarczenie mi nowej soczewki, przez którą mogę patrzeć na rzeczy.

sobota, 13 maja 2023

Zrzut #2

Monthlish zrzut rzeczy ostatnio obejrzanych i przeczytanych. Monthlish, bo po koncepcją systematyczności się nie podpiszę, za bardzo się uczę odpuszczania aby dorzucać sobie rzeczy.

Carlos Gardel. Głos Argentyny. Scenariusz: Carlos Sampayo, rysunki: José Munõz
Ten nie za długi komiks jest autorską biografią argentyńskiego śpiewaka. Podobno kultowego w okresie międzywojennym i jednego z towarów eksportowych kultury Argentyny. Co od razu otwiera pierwszy problem jaki miałam z tym komiksem – nie wiem o Argentynie tamtego okresu właściwie nic, a komiks jest głęboko osadzony w ówczesnej sytuacji politycznej (junta vs „komuniści”) czy społecznej (aranżowanie małżeństw, podziały społeczne czy pozycje gangów). Drugi problem to o czym jest ten komiks – zamiast zwartej opowieści oferuje on różne impresje z bohaterem w roli głównej i równolegle prowadzony dyskurs nad postacią Carlosa w poświęconemu mu programowi telewizyjnemu. Warstwa graficzna – to porządny czarno-biały komiks, miło bawiący się ostrym cieniem i stawiającym na symbolikę bardziej niż na dosłowną ilustrację. W sumie nie wiem kto w Polsce mógłby być adresatem – studenci latynistyki i miłośnicy tanga?

137 Sekund. Stanisław Lem
Na to krótkie opowiadanie trafiłam przy okazji hype’a na ChatGPT. Okazuje się, że Lem to w jakimś tam stopniu przewidział, opisując obsługę maszyny niczym promptowanie AI. Mamy zatem protagonistę – byłego już dziennikarza opowiadającego jak stracił wiarę w przyszłość tego zawodu, oraz maszynę do łamania tekstu, która okazuje się działać także po wyciągnięciu wtyczki z gniazdka sieciowego. Oto internet maszyn do pisania, miła retro-fantastyka, do której mi się fajnie wraca. Jest przy tym też Lem ze swoim specyficznym stylem pisania. Takim… międzywojenno-klasycznym? To jest język lektur szkolnych, wywołujący we mnie dysonans między futurystyczną treścią a zamierzchłą formą. Czyta się to przy lekko, humor przebija z opisów i dialogów, a ta przeszło-przyszłość ciekawie odbija naszą teraźniejszość. Opowiadanie jest dostępne na stronie Przekroju.

Eurovision Song Contest: The Story of Fire Saga
Na koniec film Netflixa, komedia romantyczna o Eurowizji. Duet z Islandii rozpoczyna kwalifikacje do konkursu a my obserwujemy ich perypetie od lokalnych kwalifikacji aż do finału. Są wstawki z islandzkiego folkloru, wątek romantyczny, chwytliwe popowe piosenki, przerysowane charaktery i celowo „overacted” postacie, oraz mnóstwo humoru – oscylującego od genialnego do cringe’owego. Były sceny w filmie genialne i takie, których oglądanie wywoływało głębokie poczucie żenady. Do poziomu, że miałam ochotę albo zrobić sobie dłuższą przerwę albo przewinąć do kolejnej sceny. Ten rollercoaster trwał aż do napisów końcowych, po których głowie wciąż rozbrzmiewało „Lion of Love”, a jedyny komentarz jaki byłam w stanie z siebie wydusić to „co ja paczę”. Nie wiem czy chcecie to oglądać, ja sama nie wiem czy chciałam to oglądać. W każdym razie film jest na Netflixie.

niedziela, 9 kwietnia 2023

Zrzut #1

Mam problemy ze snem i próbuję uporządkować swoją wieczorną rutynę, odkładając wcześniej telefon, wyłączając komputer czy przygaszając światła w mieszkaniu. No i w efekcie trochę więcej czasu spędzam wpatrując się w papier, a skoro już te komiksy przeczytałam, to i napiszę o nich kilka zdań.

Baby’s in Black. Historia Astrid Kirchherr i Stuarta Sutcliffe’a. Scenariusz i rysunki: Arne Bellstorf
Czarno-biały komiks od Arne ma ciekawą szatę graficzną - to "kreskówkowa" ilustracja, która umowność i ekspresję stawia ponad detal. I robi to dobrze, ma swój unikalny styl, który jest przy tym czytelny i dowozi te emocje i informacje, które ma dowieźć. Fabuła jednak to taki o romans, historia krótkiego związku Astrid i Stuarta zwanego "piątym Beatlesem" zakończona jego tragiczną śmiercią. Tutaj jestem w pełni subiektywna, ale nie porwał mnie klimat hamburskiej bohemy z lat 60. Najlepszym komiksową historią o miłości jaką czytałam pozostaną "Niebieskie pigułki" Frederika Peetersa, które serdecznie polecam zamiast "Baby's in Black".

Furie. Scenariusz: Mike Carey, rysunki: John Bolton
I z komiksu autorskiego przechodzimy do spin-offu wszechobecnego obecnie Sandmana, ale lepiej względu na spojlery i nawiązania sięgnąć po niego dopiero po przeczytaniu podstawowej serii . John Balton graficznie poszedł w malarskie klimaty - co wygląda w sumie ładnie, jednak w przeciwieństwie do wyżej opisanej pozycji, nie dowozi. Miałam problem z rozróżnieniem bohaterów i zrozumieniem akcji. Co płynnie przechodzi w kolejny problem, czyli tego, że tomik też nie całkiem dowozi jako komiks per se. To medium to nie jest rysunek opisany tesktem, czy tekst z ilustracjami, ale "i" obu rzeczy. Z jednej strony potrzebujesz tyle tesktowego kontekstu aby ilustracje tworzyły złożoną opowieść, ale dokładnie tyle i ani grama więcej, aby nie zalać go tekstem. Potrzebujesz tyle obrazków aby te układały się w płynną narrację, ale nie chcesz rysować filmu kolejnymi kadrami. Tutaj kilka razy gubiłam się w kadrach i rozpoczynałam reverse-engineering tego co się tam wydarzyło na podstawie dalszej akcji. Komiks był pierwszą lekturą jaką samodzielnie w życiu przeczytałam, było to nieco ponad 30 lat temu i czuję się jednak jakoś tam kompetentna. Z fabułki - to jakieś tam mity greckie, jakaś nieduża apokalipsa, jakaś super bohaterka i wyskakujący z szafy Morfeusz. Całość nie dorasta do pięt oryginałowi.

Wampir Maskarada. Księga pierwsza: Kły zimy
To jest komiks o wampirach, więc jakby od razu ma +1 w mojej osobistej skali fajności. Jest też umieszczony w świecie "Wampira: Maskarady", do którego żywię jakiś tam sentyment. I nie jestem przekonana, czy da się to przy tym czytać bez jakiejś tam znajomości świata rpga. A fakt, że do komiksu dołączono karty postaci bohaterów i rozpiskę talentów, które mieszkające w Minneapolis wampiry mogłyby sobie wykropkować jako zalety, wzmacnia wrażenie, że to w sumie ilustrowany dodatek do ostatnio zreanimowanego świata. Ten komiks to mainstreamowy produkcyjniak - 2 scenarzystów i rysowników, kolejne 4 osoby od kolorów/liternictwa i okładki. Jest przy tym graficznie w porządku, dobrze zrealizowany standard ilustracji amerykańskiego komiksu spod znaku DC/Marvela. Fabularnie jest baaardzo klasycznie. Ginie księżna a nad jej ciałem frakcje w mieście toczą walkę o władzę, w tle anarchiści, konflikt człowieczeństwa z bestią i trochę mistycyzmu. To jest ta fabuła co to ją graliśmy naście lat temu na wampirzych dramach w Poznaniu i we Wrocławiu. Podsumowując - to przeciętniak, który może się spodobać fanom sytemu, a ja jednak polecę "30 dni nocy". Odkopałam go dzisiaj w czasie porządków u mamy i to był dopiero dobrze zrobiony komiks grozy z wampirami!

niedziela, 17 marca 2019

Usagi Yojimbo – Yokai

O mojej miłości do samuraja królika jakoś nie pisałam w tym miejscu. A tak się składa, że to najdłużej przeze mnie śledzona komiksowa seria. Mi na liczniku stuknęło 13 lat wczytywania się w jego przygody, a samemu Usagiemu, w międzyczasie, ćwierć wieku. Ponieważ czasem jest potrzebny wyłącznie pretekst, to Stan Sekai z tej okazji przygotował w całości kolorowy tomik przygód ronina. Oprawiona w twardą oprawę, wydrukowana na kredowym papierze, to jednak miniatura na 56 planszach. Przyjemnie się na to patrzy, rysunki Stana dobrze wypadają w tuszu i akwarelach. Zachowały swój charakter, a dostały dodatkowy wymiar. Gorzej z całą resztą, bo fabuły w tym tyle, że jej pełny opis mieści się w jednym akapicie na stronie wydawnictwa. Opowiedziana historyjka jest prościutka, znacznie poniżej tego co dostajemy w standardowych tomikach cyklu. Stan pisze, że chciał przygotować coś, co będzie przystępne i dla weteranów serii i nowych czytelników, ale powstała pozbawiona kontekstu opowieść o głębi Street Fightera.

Na plusik: kolor, wydanie i ujawnienie co nieco z historii tajemniczego łowcy demonów Satsuke. Na minus: historia, z dodatkowo jeszcze rozdętym podtytułem „powieść graficzna” na okładce. Takie 5/10, polecam wyłącznie fanom serii z zacięciem kolekcjonerskim. A jak Usagiego jednak jeszcze nie znacie, to Egmont wydaje teraz tomiszcza Usagi Saga (o takie o i jeszcze takie) z zebranymi wcześniejszymi tomikami, w dużej mierze już nieosiągalnymi poza allegro.

środa, 4 kwietnia 2012

Czerwone króliki

Uważaj na to, co mówisz, bo czułe uszy gigantycznych roślin wyłapią każdą wyszeptaną, niepożądaną myśl. W swoich korzeniach uwięziły już niejedną rodzinę. Połóż królicze uszy po sobie, podlewaj posłusznie własną posoką te wampiry. Rewolucja spłynie waszą krwią, więc zanim coś zrobisz – trwaj: w czerwonej krainie.

Nie daj się zwieść delikatnej aparycji bohaterów. Podobnie jak w „Mausie” Arta Spiegelmana, futerko głównych bohaterów nie umili lektury. Zamiast tego nada opowieści surrealistyczny charakter, w którym okrucieństwo roślin wobec miękkich protagonistów uderza całą siłą tego kontrastu. Tak samo jak wspomniane arcydzieło, „Czerwone króliki” to komiks o totalitaryzmie. Anonimowi bohaterowie są osaczeni przez wielkie rośliny w kształcie… króliczych uszu. A te podsłuchują, typują nieprawomyślnych, aby wreszcie, nie dając szansy na niezawisły sąd, pożreć ich i umieścić w podziemnych więzieniach.