piątek, 24 lipca 2026

Zrzut #24

Kwartał zleciał nie wiadomo kiedy. Ale jest środek lata gdy wrzucam ten post, a długie dni dają takie fajne uczucie przestrzeni, na zewnątrz, bo aż chce się łazić, ale też w głowie, która jakoś chętniej przyjmuje rozmaite treści. Without further ado…

Strip down, rise up
Netflix

Ten dokument był na mojej liście “do obejrzenia” od chwili pojawienia się na Netflixie i odbicia się szerokim echem w pole dance’owym światku. I tym samym już 5 lat później dogoniłam ten autobus. O co zatem poszło? W studiu “S Factor” rozpoczyna się kurs początkujący emm... czegoś. W każdym razie w salce są rurki, a kobiety w różnym wieku mają na zajęciach odkryć swoją stłamszoną kobiecość, wyzwolić swoją wewnętrzną siłę, zrzucić bierzmo patriarchatu etc. Szybko się okazuje, że większość bohaterek ma za sobą traumy na tle seksualnym, a zajęcia są quasi grupową terapią mającą pomóc je przepracować i zostawić za sobą.

Tego wywlekania bólu i rozmawiania o nim jest naprawdę dużo, momentami oglądanie dokumentu robiło się aż nieznośne, bo to cierpienie w entourage'u reality-show, za często bardziej cringe’owe niż poruszające. Ta historia jest przeplatana jeszcze kilkoma innymi wątkami. Są opowieści artystyki aerialowej o tym jak ona zainspirowałą się stripteazerką Panterą i zaczęła lata temu uczyć sztuczek, oraz całym wątkiem Amy Bonds, doświadczonej pole dancerki, zawodniczki i trenerki. Opowieść o historii sportu, jego obecnej postaci, tego jak one go interpretują, triki pokazywane przez te dziewczyny, to jest totalnie highlight filmu. Gorzej, że jego główną osią jest ckliwie opowiedziana historia o ofiarach i to nieszczęsne studio. Wspomniałam o rurkach i tak, uczestniczkom kursu zdarza się na nie wejść, natomiast to bardziej przypomina miotanie się po podłodze / ścianie / wokół rurki w koronkowej bieliźnie niż pole dance, w który ja wsiąkłam.


The Pitt, sezon 1
HBO

I znowu sobie to zrobiłam, tj. oglądałam serial na rozciągnięte raty. Już pierwsze odcinki The Pitt dobrze wchodziły, ale jednak dopiero gdy nakręciła się fabularna sprężyna, utknęłam na dobre. Troszkę o generalnym kontekście: to serial o SORze w szpitalu w Pittsburgu. Epizody to kolejne godziny pracy dziennej zmiany i już sam fakt, że robota trwa 12 godzin, a odcinków jest 15, sugeruje, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Powiedzmy z grubsza, że ta cebula ma trzy warstwy: pacjenci, personel i medycyna.

Przypadki są rozmaite, zazwyczaj rozwiązują się dłużej niż 1 odcinek, a równolegle mamy kilkanaście “wlokących” się spraw. Przełączamy się między nimi w zabójczym tempie. Są ludzie o rozmaitym statusie, przekonaniach, potrzebach i oczekiwaniach. Byli tacy, co ich miałam ochotę walnąć i tacy, za którymi zamykały się drzwi a ja w duchu ich dopingowałam, aby wszystko dobrze się skończyło. I to by nie wystarczyło, gdyby nie cała ekipa grająca personel szpitala: mnóstwo świetnie napisanych i zagranych postaci, każda stanowiąca swój własny mikrokosmos. Mam crasha na dr. Franka Langdona, uwielbiam Danę Evans, dr. Robby to ordynator o jakim marzyłby każdy oddział szpitalny, fabularny czy realny, a Dennisa Whitakera bardzo chciałam przytulić. Każdy bohater sam w sobie to perełka, do tego z cudownie rozpisanymi, wielopoziomowymi relacjami z całą resztą. Whoosh, totalny sztos.

Co uderza w ostatni element: medycynę. Lekarzem nie jestem, więc mogę jedynie powiedzieć, że wyglądało to realistycznie: procedury, badania, ciągłe czekanie na coś, krew, flaki, niepewność, czasem porażająca bezradność. Momentami poziom ogaru personelu szpitala ociera się o competence porn, zwłaszcza gdy wjeżdża dr Abbott z mentalem prosto z frontu, a lekarze zaczynają mcgayverować kończący się sprzęt… ale wybaczę im to, bo to wciąż zajebiście dobrze wymyślony, zrealizowany i zagrany serial dramatyczny. Sezonie drugi, nadchodzę!

The Mind Illuminated
John Yates

I kolejna pozycja w ramach próby zdealowania z backlogiem. Do medytacji miałam sporo podejść na przestrzeni ostatnich kilku lat. Próbowałam z Headspace, próbowałam Insight Timerem, i choć jestem głęboko przekonana o jej pozytywnych wpływie na głowę, nie udało mi się zbudować trwałego nawyku. Znajomy zdecydowanie bardziej zaawansowany w siedzeniu na poduszce polecił mi tę pozycję i... whoa!

The Mind Illuminated to przede wszystkim “świecki” podręcznik medytacji. Podzielony na 10 etapów, ze szczegółowym opisem technik medytacyjnych, pojawiających się przeszkód, propozycji ogrania ich, aby wciąż przeć do ścieżce do... no właśnie, czego? Obserwowanie własnego oddechu z uporem maniaka okazuje się być drogą do lepszego poznania mechanizmów umysłu, a Yates, jako doktor neuronauki, wprowadza między kolejne etapy coraz bardziej złożone modele jaźni, stanowiące podstawę do dalszej pracy. Podręcznik wrzuca tylko tyle buddyjskiej filozofii, ile to niezbędne dla stworzenia kontekstu, czyniąc lekturę przystępną dla mnie, człowieka pozbawionego genu religii. Czy po lekturze zaczęłam medytować? Nie, ale czuję się dużo bardziej komfortowo z tym pomysłem aby ustawić timer na 10 minut, zamknąć oczy i zacząć słuchać świstu powietrza w nosie.

Z kontrowersji to są dwie. Pierwsza jest taka, że przy końcówce książka jednak nieco odlatuje. Kolejne rozdziały stają się coraz bardziej “hermetyczne”, nagromadzają się terminy odnoszące do kolejnych praktyk i doświadczeń. To jeszcze wzięłam na klatę. Podręcznika do algebry też nie da się czytać od środka. Przy dodatku odnośnie “Jhāna” (medytacyjny stan “flow”) mowa jest jednak o telepatii i słyszenia / widzenia świata zmysłami innych. Em.. no ok. Druga kontrowersja to taka, że pod koniec życia Yates został oskarżony o zdradzanie żony i usunięty z funkcji dyrektora buddyjskiej fundacji, którą założył. Em... ok. Wciąż spróbuję zastosować jego rady aby ułożyć sobie praktykę, a moralne rozkminki zostawię na moment, kiedy zacznie mi to przeszkadzać.

Odyseja
reż. Christopher Nolan

A to był z kolei spontan. Znajomy K. rzucił, że idzie w niedzielę o 10, a ja lubię i Grecję, i Nolana, to poszłam... i dowiedziałam się czemu tak mało ludzi chodzi do kina rano. Po spędzeniu blisko 4h w ciemnościach, z których poszliśmy siedzieć w knajpie w kącie bez okna, miałam poczucie, że cały dzień mi mignął. Ale do rzeczy. Odyseja jest piękna. Już od pierwszego kadru, gdy stary Odyseusz idzie bezludną plażą, aż do ostatniej sceny zachodu słońca. Otwierają ją słowa “w czasach, gdy rzekomo istniała magia” i tej realistycznie, naturalistycznie ujętej magii jest tu dużo, w końcu Odyseusz spotyka na swojej drodze rozmaite potwory a towarzyszy mu Atena. To pierwszy wątek, epicki (czasem nieco nieznośnie) epos z coraz wyraźniej przebijanym wątkiem traumy i odkupienia. Odyseusz nie tylko wraca do domu, on przed sobą i swoimi zbrodniami ucieka.

Drugi wątek to Telemach, syn oczekujący ojca, który bierze na siebie odpowiedzialność za przyszłość Itaki. Obserwujemy dojrzewanie młodego mężczyzny, stającego się równoważnym bohaterem opowieści. Jest fabuła jest prowadzona achronologicznie. Upadek Troi zobaczymy wielokrotnie, z różnych perspektyw, z różnymi emocjami, a płonący koń nabiera ciężaru znaczeń. Ja jestem z tych, co łatwo poruszyć historiami, i podczas Odysei nie raz nie dwa wyciągnęłam chusteczkę (jest osobny krąg piekła dla ludzi, którzy męczą pieski... skurwiele). Nom, to zgrabnie opowiedziane, nieco patetyczne miejscami, hollywoodzkie super widowisko.

No bo ciężko też nie wspomnieć o castingu, gwiazdorskim. Dobrze wszedł. Mogłabym wymieniać bez końca i wzdychać do kolejnych postaci, ale skoncentruję się na dwóch rzeczach. Robertowi Pattinsonowi cholernie do twarzy w roli skurwysyna. A babeczki w tej interpretacji klasyki wymiatają. Jest Penelopa, z zimną desperacją próbująca ograć patriarchalne zasady, jest Kirke, przewrotna ale mądra, jest Atena spojrzeniem wyrażająca więcej niż słowami. Długi to był seans, ale poruszający i zapadający w pamięć.

piątek, 13 marca 2026

Zrzut #23

Zamiast noworocznego otwarcia było noworoczne przygniecenie do ziemi. Ale idzie wiosna, krzaki na ogródku mi zaczęły się zielenić, tulipany przebijać pozostałości trawnika, a poskręcane drzewka puszczać pączki. Będzie dobrze 😊

W zwierciadle, niejasno
Jostein Gaarder

To była losówka. Dostałam zdjęcia siostrzenicy w paczce i nie miałam jak je przetransportować bezpiecznie z domu mamy, więc wyciągnęłam z półki książkę o pasującym rozmiarze i w niej przywiozłam fotki do siebie. Na okładce zachęcano “książka twórcy Świata Zofii”. Nie czytałam Świata Zofii, ale taką tam książkę dla młodzieży, zwłaszcza nie za długą, mogę wciągnąć.

Powieść szybko odsłania karty — śmiertelnie chora Cecylia leży w łóżku i rozmawia z aniołem. Im gorszy jej stan, dłuższe okresy maligny, tym bardziej fantastyczne zdarzenia mają miejsce w czasie ich spotkań. Mam wobec całości mieszane uczucia. Rozmowy to w dużej mierze dziewczynka próbująca wytłumaczyć aniołowi jak to jest być człowiekiem, co sprawia wrażenie wykładu z osobistej filozofii autora, jedynie zamiast ubranego w formę eseju, przyjmującego fabularyzowaną postać. Not crazy about this shit. Z drugiej strony, jej gaśnięcie jest pozbawione sentymentalizmu, opisane z wyczuciem i delikatnością. Niejasna jest również linia między wyobraźnią a codziennością, kolejna subtelność mocno podbijająca powieść w moich notowaniach. W ogólnym odczuciu: nie potrzebowałam wiedzieć co Gaarder myślał o bogu, choć historię utkał ładną.


Dziwne obrazki
Uketsu

Problemy z tą książką miałam od pierwszej strony i były to 2 rzeczy. Po pierwsze — analiza psychologiczna osoby na podstawie obrazka wezbrała we mnie falę sprzeciwu przeciw pop-psychologii i sobie to potrzebowałam zintelektualizować (“Wdech, wydech. To tylko stanowisko jednej bohaterki, nie muszę się z nim zgadzać…”). Po drugie — język powieści. A ten jest czasownikowy, bezpośredni i obdarty z niuansów. To jest w ogóle jakiś szerszy fenomen japońskich powieści tłumaczonych na polski i jest tam zaszyte coś między różnicami kulturowymi, a nieprzetłumaczalny niuansami języka. Tutaj dochodzi do tego to, że język jest traktowany technicznie, jako nośnik treści, na równi z wplatanymi w niego obrazkami, a nie składowa powieści.

Pierwszy trigger okazał się nieistotny dla treści powieści, drugi zepchnęła na drugi plan intryga. Bo ta kręci się dobrze! To 3 historie połączone ze sobą motywem przewodnim: ilustracjami sporządzonymi przez ofiary. Początkowo rozsypane puzzle różnych tropów elegancko wpadają na swoje miejsce w układance, aż do mocnego, choć nieco przeciągniętego zakończenia. Rzecz czyta się szybko, a obrazki między literkami do tego cieszą, nawet jeśli jest to jakaś tabelka. Ostatecznie wyszła z tego całkiem miła rzecz do pożarcia w 2-3 wieczory.

Wednesday, sezon 2
Netflix

Źle zrobiłam, że po pierwszych 3 odcinkach zawiesiłam oglądanie na jakieś trzy miesiące. Wątki mi się w głowie porwały, klimat zdążył się rozwiać. Ale ten sezon nie zaczął się dobrze. Stężenie wątków mnie skonfundowało, dorzucał do pieca teledyskowy montaż, a straszenie naprawdę straszyło. A jak już wiemy z wcześniejszych relacji (nowy Nosferatu 😱), straszenie w filmach znoszę naprawdę źle. Tylko, że źle bardzo źle, że przerwałam, bo po 4 odcinku zaczęło być… naprawdę dobrze.

Netflix podzielił sezon na dwie części i ta druga weszła już jak masło. Rozwiązał się jeden z 2 głównych wątków i fabuła zamiast pędzić na złamanie karku pozwoliła sobie zmeandrować w humorystyczne zakątki. To dalej nie jest szczyt scenariuszowego wysublimowania, ale teenage drama z Burtonowskim twistem, natomiast rozgościłam się w bohaterach i historii na tę chwilę przed zamknięciem sezonu cliffhangerem. To teraz kolejne 2 lata czekania czy coś? Oglądanie seriali to bardzo niewdzięczne zajęcie i to piszę to też jako obserwator cotygodniowej piątkowej gorączki związanej z nowym odcinkiem The Pitt (a do tego tematu w swoim czasie jeszcze wrócimy). Z innych: jest dużo bardziej campowo, więcej jest też rodziny Addamsów w całej swojej dziwaczności, wreszcie wrócili ciekawi bohaterowie z poprzedniego sezonu (Principal Weems!) a inni dostali więcej sceny na pokazanie swoich osobowości. Summa summarum: całkiem spoko rzecz, choć przyda się wyższa tolerancja na horror i zombie niż moja 😂

piątek, 5 grudnia 2025

Zrzut #22

Dobra, lecimy z tym koksem.

We are satellites
Sarah Pinsker

Mój stosunek do tej książki ewoluował. Zaczęła się od wolno narastającego napięcia, kiedy to rozsiadałam się z nią wygodnie na kanapie, delektując dobrze już znaną Sarahową atmosferą. Jednak po dojściu do pierwszego momentu kulminacyjnego, zamiast jakiejś formy rozwiązania dostałam zerwanie wątku. Im dalej w las, tym większe miałam poczucie braku balansu pomiędzy czterema różnymi perspektywami, aż do ostatnich może 25% (czytałam powieść na Kindle’u), kiedy to historia się zgrabnie ponownie poskaładała, postacie zniuansowały, a w szerszym spektrum szarości, nabrały charakteru i tożsamości. Ostatnie strony czytałam z zachwytem. I ulgą, bo nie zdradzę wiele, jeśli powiem, że tam będzie szczęśliwe zakończenie.

Na poziomie faktów: We are satellites to historia querrowej rodziny, podzielonej przez nową technologię wszczepów, pozwalającą na “funcjonalny multistasking”. Powieść pozycjonowałabym jako low-sf, mogłaby się wydarzyć już za kilka lat, to jednak wciąż bardziej jest dramat rodzinny niż fantastyka. No, ładny no. I przejmujący. Sarah jak zwykle dowozi.


Merlin (1998)
reż. Steve Barron

Wysłałam zgłoszenie na LARPa Mabinogion w świecie legend arturiańskich. A w refkach w podręczniku gracza wspomniano stary filmo-serial (2 odcinki po 1.5h) o Merlinie jako źródło strojowej inspiracji do, emmm, lepiej usiądź, rzymskiego post-apo. No i faktycznie: żółnierze maszerują w quasi-rzymskich zbrojach, arystokratki w czymś co przypomina togi… Natomiast równocześnie jeden bohater ubiera się jak muszkieter i wymachuje szpadą, kolejny gra na kodach w ewidentnie renesansowej zbroi. Historia tam skrzeczy i trzeszczy, a wraz z nią odkładasz na bok rozsądek, gdy w mroźną brytyjską zimę bohaterka biega w chemise, dla niepoznaki z narzuconą na ramiona chustką. Powstrzymaj swoją nerdozę, to jest przygodowy serial fantasy z lat 90, a nie rekonstrukcja. I rozumiany w ten sposób – zaskakuje jakością efektów specjalnych i niezłą grą aktorską, rozczulając przy tym naiwnym scenariuszem i przegięciem rodem z epoki. Oglądałam to z zacięciem, rwąc sobie włosy z głowy przy kolejnych patetycznych i irytujących motywach oraz logicznych fikołkach scenariusza, ale i będąc autentycznie wkręconą w przygody czarodzieja Merlina i jego walkę z królową faerie, Mob.

A post factum, siedzę i wymyślam sukienkę na grę. Na szczęście, będzie wtedy polskie lato.

sobota, 1 listopada 2025

Zrzut #21

Dobra, lecimy z tym koksem.

Tajny klub nietypowych czarownic
Sangu Mandanna

Sama się o to prosiłam. Zażyczyłam sobie pojecajkę lektury przyjemnej i nieskomplikowanej, dokładnie taką dostałam, a potem męczyłam się nad kolejnymi stronami. Historia koncentruje się na młodej czarownicy o imieniu Mika (umówmy się, 31 kwalifikuje ją jeszcze jako “młodą”... prawda?) i gburliwym bibliotekarzu, Jamie. Są też inne postacie, jak chociażby tytułowa liczba mnoga czarownic, natomiast… nic się kurna w tej książce nie dzieje. Postacie kręcą się po domu, robią radośnie swoje codzienne sprawunki i toczą miłe konwersacje, słodka tak, że aż mdła, Mika podrywa Jamiego, Jamie podrywa Mikę i tak przez 300 stron aby dopiero na 30 ostatnich pojawił się jakiś plot. Dorzucę do tej puli pretensjonalny język i czułam się jakbym czytała fanfik napisany przez nastolatkę dla innych nastolatek i wrzucony na jakimś forum. Jeśli dokładnie tego potrzebujesz, to może pyknie, ja się tylko utwierdziłam w przekonaniu, że cieszą mnie historie z zaszytym pod poszewką mrokiem, a nie pisane ekwiwalenty lodów waniliowych.




Neural Viz
Josh Wallace Kerrigank

Próbowałam wyrwać się z trywialnego świata czarownicy Miki i w efekcie wpadłam w króliczą norę dziwacznego świata wykreowanego na kanale Neural Viz. Filmy na kanale są generowane za pomocą narzędzi AI, choć scenariusze pisze człowiek. Człowiek o bardzo specyficznym poczuciu humoru. Jest deadpanowato i surrealistycznie, a przemożne wrażenie “nie wiem na co paczę ale nie chcę przestać” podbija wariacka strefa wizualna. Większość filmików toczy się w świecie Gluronów, którzy zamieszkują Ziemie po katakliźmie, który wyrżnął całą ludzkość. Te alienowate stwory wciągają sproszkowane zęby, wyznają wiarę w Monolit, mający w ich świecie władzę absolutną, i ekspolorują różne wątki tajemniczego świata mitycznych ludzi. Storyline’ów jest kilka, rozwijają się z czasem, choć jest też parę one-offów niezwiązanych z Gluronami. Na wskoczenie do tego pociągu polecam 10-cio minutowy The Adventures of Reemo Green, najdłuższy, najładniejszy i z najbardziej rozbudowanym plotem. A jak wam kliknie to jest spora szansa, że i reszta się przyjmie.

sobota, 11 października 2025

Zrzut #20

Miałam dłuższy urlop, który spędziłam trochę na czytaniu, ale bardziej na ogarnianiu backloga rzeczywistości. No i jednak lato, więc raczej wymykam się na zewnątrz, gdy tylko mam przestrzeń, niż siedzę z nosem w literach czy ekranach. Coś tam jednak przeleciałam i o tym niżej. A seriale (Wednesday i Sandman) poczekają sobie jeszcze chwilę na obejrzenie, na jesienne wieczory.

Haunt sweet home
Sarah Pinsker

Ah, jakie to było ładne. To pierwsza dłuższa forma od Sarah, którą miałam okazję przeczytać. Wciąż przy tym nie za długa, ot taka nieduża powieść. Natomiast autorka rozwija skrzydła i puszcza luźno lejce wyobraźni, zamiast jednego dominującego wątku, dostarczając ich już kilka, zgrabnie się przeplatających. Motywem przewodnim jest tytułowy “Haunt sweet home” czyli TV show o… nawiedzonych domach. Nowi właściciele wprowadzają się do nowego lokum, w którym za dnia przeprowadzają remont, pieczołowicie raportowany przez kamerę, a w nocy, no cóż, straszy. Nie będzie specjalnym spojlerem gdy napiszę, że główna bohaterka, dopiero co zatrudniona jako asystentka produkcji, ma na liście obowiązków pomaganie w straszeniu, gdy lokalne duchy nie są wystarczająco kooperatywne. Oczywiście sprawy wymkną się spod kontroli, natomiast w charakterystyczny dla Sarah, uroczy sposób. Tutaj nawet gdy jest strasznie, jest ciepło i zabawnie. Do tego niejednoznaczni bohaterowie, sporo codziennej i niecodziennej magii i dostajemy fantastyczny koktajl do pochłonięcia w jeden weekend.




The Analytics Edge
Dimitris Bertsimas, Allison K. O’Hair, William R. Pulleyblank

Coś z kompletnie innej beczki, bo przeczytałam książkę powiedzmy, że zawodową. Wracam do pracy z danymi i aby się zainspirować przed nową pracą, przeczytałam pozycję, którą dostałam jako mid-level analityk blisko 10 lat temu. Książka to przede wszystkim 20 różnych use-casów analitycznych, ale jest też krótkie przejście teoretyczne przez stosowane metodologie oraz część praktyczna, z zadaniami, w których można ściągnąć podlinkowane przez autorów dane i pokodzić różne problemy. Ciężko ją przy tym nazwać podręcznikiem dla analityków. Opisywane przykłady dotyczą branż od Sasa do lasa, jest i opieka zdrowia, i optymalizacje w branży lotniczej, i nudne jak flaki z olejem problemy wyceny aktywów finansowych. Jest różnorodnie, ale płytko, autorzy wchodzą na większy poziom detali (przezornie oznaczając te sekcje gwiazdką) tylko w przypadku niektórych problemów optymalizacyjnych, podpowiadając jak ustawiono problem, nie mówiąc nic o uzyskaniu rozwiązania. Książka była wykorzystywana w kursie na studiach MBA i to chyba to najlepiej opisuje jej target: menedżerowie w organizacjach gdzieś obok działów analitycznych, którzy chcieliby zrozumieć cokolwiek z tego co tam się dzieje. Dla mnie była momentami ciekawa, miejscami frustrująca, kilka razy żmudna. No i ciężko ją, ze względu na temat, nazwać lekką lekturą.

1670, sezon 2
Netflix

W finale sezonu się popłakałam, i choć praktykę przeżywania dramatycznych momentów mam już dobrze ugruntowaną, to jednak mówi to całkiem sporo o tym, jak zmorfował serial. Dalej jest to przede wszystkim komedia, jednak akcent się przesunął na pogłębienie postaci i stworzenie bardziej zniuansowanej, ciągłej historii. Poprzedni sezon był galopem gagów, wspaniale przerzucający współczesność w barokowy anturaż. W drugim, tak skonstruowany jest chyba tylko pierwszy epizod… I miałam z nim problem, bo jakby nie był już tak śmieszny. Obejrzałam drugi odcinek, ale też nie porwał, i wietrzyłam już nosem zużycie formatu. Z przyjemnością konstatuję obecnie, że to było niezrozumienie tej zmiany. Kolejne historie, bohaterowie, marzenia i dramaty i kurczę, dalej jest śmiesznie ale bywa i smutno i przejmująco, a śmiech nierzadko nie wynika z dowcipu ale radości. W ciekawe miejsce poszło 1670, a zważywszy na mocno otwarte zakończenie oraz już zakontraktowany trzeci sezon, kurde, wracam do czekania na nowe odcinki!

czwartek, 31 lipca 2025

Zrzut #19

Mam nauczkę aby pisać recki z grubsza od razu, bo po dłuższej chwili nie tylko ciężko się zebrać, ale, co gorsza, wrażenia się zdążyły nieco zatrzeć. Zwłaszcza w odniesieniu do filmu… aż mam ochotę obejrzeć go po raz drugi, bo mi się nie dość, że podobał to jeszcze pozacierał w pamięci.

Odnośnie poślizgu w zrzutach: czerwiec i lipiec mi upłynęły na odczytywaniu się z Women’s Health. Magazyn przestał wychodzić w styczniu zeszłego roku ale ja wciąż miałam numery w backlogu. Not anymore 😎 Słuchałam też co nieco podcastów i z tej puli wartym polecenia jest Odgruzować dobrostan z Asią Wojsiat, Joanną Gutral i Martą Niedźwiedzką. Panie wprowadzają do Wellbeing Score, w którego opracowywaniu dla Benefit Systems brały udział i omawiają jego poszczególne elementy. Obok kontentu zdrowo-głowowo-fizycznego są to też po prostu 3 świetne, dynamiczne i dowcipne rozmowy do odsłuchania. Ale dobra, dzisiaj dwie rzeczy:

Devil Aspect
Craig Russell

Ta książka to polecajka i choć paperbackowe wydanie z napisami na okładce “Breathtaking”, “Simply exceptional” budziło pewną nieufność to poszłam w to. Najpierw o kontekście. W zamku Hrad Orlů, w przedwojennej Czechosłowacji, zostało zamkniętych 6 chorych psychicznie przestępców. Do zamku wyrusza z Pragi objąć posadę młody psychiatra. Za pomocą nowatorskiej “narkosyntezy”, tj. podawania im hipnotyzujących leków, chce wykryć wspólny wszystkim szaleńcom “diabelski aspekt”. Równolegle w Pradze seryjny morderca znany pod pseudonimem “Skórzany fartuch” morduje kolejne ofiary… Em…

Pomysł wydał się niezgorszy, realizacja już pośrednia. Chyba mam dwa główne problemy z tą książką, pierwszy to kompletny brak humoru. Wszystko jest potwornie na serio, krew się leje, flaki wypruwają, a bohaterowie prowadzą bardzo poważne rozmowy, w międzyczasie mając traumatyczne sny lub wspomnienia. Nie ma mroku bez światła, a już zważywszy na to, że akcja dzieje się w Czechach, to podpada pod karygodne zaniedbanie. Tekst zamiast wciągać, nużył. Drugi to technobełkot neurosyntezy. Ani to to nauka, ani nie wpada w ramy okultyzmu. Autor bardzo się stara sprzedać tę metodologię jako naukową, buduje cały opis azylum jako miejsca w awangardzie postępu, a potem opisuje czary.

O ile nie macie kinka na czytanie trashowej literatury, dałabym sobie z tą pozycją spokój.

Jak ruchem zmieniać umysł
Mojo Movies, dr Asia Wojsiat i Fundacja Veritas

Asię Wojsiat śledzę w podcaście (-stach, właściwie), czytałam też (i recenzowałam poniżej) jej Tak działa mózg. A tu się okazało, że rok temu razem z fundacją Veritas i Mojo Movies zrealizowała dokument o bliskiej mi tematyce wpływu oddziaływania ciała na głowę. Sama będąc narratorką dokumentu, zabrała na pokład cenionych przeze mnie ekspertów: Andrzeja Silczuka, Martę Niedźwiedzką, i wielu innych, o których słyszałam wcześniej niewiele… i też dobrze gadają. Fakty naukowe o wzajemnej relacji ruchu i umysłu przeplatane są rozmowami ze specjalistami od psychiatrii, psychologi, jogi, treningu, ale i “zwykłymi niezwykłymi” opowiadającymi jak im ruch zmienił życie. Mnie do ruchu nie trzeba namawiać, żyję dlatego, że się przemieszczam, napięcia rozładowuję na spacerach w lesie, czas wolny spędzam biegając, a moje hobby to pole dance… Nie wyobrażam sobie znieruchomienia. Zatem 1:40 filmu o tym jak nieodłącznie ruch jest spleciony z naszym szczęściem i zdrowiem, było jak woda na młyn. A do tego to filmu ładnie zrealizowanego. Czysta przyjemność i ogrom wiedzy oraz rozmaitych perspektyw.

Dostępny za free tu o: YouTube

piątek, 16 maja 2025

Mini zrzut: Loteria

Kolejny miesiąc mi upłynął mało książkowo. Z jednej strony praca pożera mnóstwo czasu i zasobów, z drugiej, zintensyfikowałam treningi biegowe bo już za chwilę półmaraton wrocławski i pula energii się tym bardziej zmniejszyła. Co do pierwszego tematu to nie zapowiada się aby było lepiej, więc jestem w próbach zmiany fuchy na inną. A jeśli chodzi o bieganie to plan treningowy na truchtanie 5x w tygodniu, ale krócej, wszedł jak złoto. Znowu mam lekkość pokonywania kilometrów a zegarek mi konsekwentnie pokazuje coraz lepsze wskaźniki biegowej formy. W każdym razie, książka. Tylko jedna, za to jaka!

Loteria
Shirley Jackson

Shirley Jackson kojarzyłam do tej pory z powieścią Nawiedzony dom na wzgórzu, bardzo klimatycznym horrorem z nieoczywistym potworem i powoli rozwijającą się akcją. Loteria to zbiór jej opowiadań, oscylujących od kilku do dwudziestu-coś stron długości, trzymających się w przeważającej mierze z dala od gatunkowej grozy. Co mają jednak z powieścią wspólnego, to gra na niedopowiedzeniach. To są sceny, czasem dłuższe, czasem krótsze, jakaś sytuacja między bohaterami, kilka dialogów, niewiele się wydarza, jeszcze mniej się wyraża, a przecież pod powierzchnią aż wrze. Szybki przykład to opowiadanie Jimmy: ledwie 4 strony, rozmowa w kuchni między mężem i żoną. Dostali list, mężczyzna go zawłaszcza i chce odesłać nie czytawszy, w kobiecie się gotuje aby do niego zajrzeć. I tylko z pojedynczych słów, kilku jej myśli, rysuje mi się w głowie obraz odrzuconego syna i męża/ojca przemocowca, którego ta kobieta jest gotowa zabić w odwecie. I tak jeszcze 24 razy, z dużą czułością na niuanse, wrażliwością społeczną, z całą plejadą bohaterów, czasem komicznych, czasem tragicznych, zawsze dramatycznych. I żywą opowieścią trafiającą prosto w serce.