Zamiast noworocznego otwarcia było noworoczne przygniecenie do ziemi. Ale idzie wiosna, krzaki na ogródku mi zaczęły się zielenić, tulipany przebijać pozostałości trawnika, a poskręcane drzewka puszczać pączki. Będzie dobrze 😊
W zwierciadle, niejasno
Jostein Gaarder

To była losówka. Dostałam zdjęcia siostrzenicy w paczce i nie miałam jak je przetransportować bezpiecznie z domu mamy, więc wyciągnęłam z półki książkę o pasującym rozmiarze i w niej przywiozłam fotki do siebie. Na okładce zachęcano “książka twórcy Świata Zofii”. Nie czytałam Świata Zofii, ale taką tam książkę dla młodzieży, zwłaszcza nie za długą, mogę wciągnąć.
Powieść szybko odsłania karty — śmiertelnie chora Cecylia leży w łóżku i rozmawia z aniołem. Im gorszy jej stan, dłuższe okresy maligny, tym bardziej fantastyczne zdarzenia mają miejsce w czasie ich spotkań. Mam wobec całości mieszane uczucia. Rozmowy to w dużej mierze dziewczynka próbująca wytłumaczyć aniołowi jak to jest być człowiekiem, co sprawia wrażenie wykładu z osobistej filozofii autora, jedynie zamiast ubranego w formę eseju, przyjmującego fabularyzowaną postać. Not crazy about this shit. Z drugiej strony, jej gaśnięcie jest pozbawione sentymentalizmu, opisane z wyczuciem i delikatnością. Niejasna jest również linia między wyobraźnią a codziennością, kolejna subtelność mocno podbijająca powieść w moich notowaniach. W ogólnym odczuciu: nie potrzebowałam wiedzieć co Gaarder myślał o bogu, choć historię utkał ładną.
Dziwne obrazki
Uketsu

Problemy z tą książką miałam od pierwszej strony i były to 2 rzeczy. Po pierwsze — analiza psychologiczna osoby na podstawie obrazka wezbrała we mnie falę sprzeciwu przeciw pop-psychologii i sobie to potrzebowałam zintelektualizować (“Wdech, wydech. To tylko stanowisko jednej bohaterki, nie muszę się z nim zgadzać…”). Po drugie — język powieści. A ten jest czasownikowy, bezpośredni i obdarty z niuansów. To jest w ogóle jakiś szerszy fenomen japońskich powieści tłumaczonych na polski i jest tam zaszyte coś między różnicami kulturowymi, a nieprzetłumaczalny niuansami języka. Tutaj dochodzi do tego to, że język jest traktowany technicznie, jako nośnik treści, na równi z wplatanymi w niego obrazkami, a nie składowa powieści.
Pierwszy trigger okazał się nieistotny dla treści powieści, drugi zepchnęła na drugi plan intryga. Bo ta kręci się dobrze! To 3 historie połączone ze sobą motywem przewodnim: ilustracjami sporządzonymi przez ofiary. Początkowo rozsypane puzzle różnych tropów elegancko wpadają na swoje miejsce w układance, aż do mocnego, choć nieco przeciągniętego zakończenia. Rzecz czyta się szybko, a obrazki między literkami do tego cieszą, nawet jeśli jest to jakaś tabelka. Ostatecznie wyszła z tego całkiem miła rzecz do pożarcia w 2-3 wieczory.
Wednesday, sezon 2
Netflix

Źle zrobiłam, że po pierwszych 3 odcinkach zawiesiłam oglądanie na jakieś trzy miesiące. Wątki mi się w głowie porwały, klimat zdążył się rozwiać. Ale ten sezon nie zaczął się dobrze. Stężenie wątków mnie skonfundowało, dorzucał do pieca teledyskowy montaż, a straszenie naprawdę straszyło. A jak już wiemy z wcześniejszych relacji (nowy Nosferatu 😱), straszenie w filmach znoszę naprawdę źle. Tylko, że źle bardzo źle, że przerwałam, bo po 4 odcinku zaczęło być… naprawdę dobrze.
Netflix podzielił sezon na dwie części i ta druga weszła już jak masło. Rozwiązał się jeden z 2 głównych wątków i fabuła zamiast pędzić na złamanie karku pozwoliła sobie zmeandrować w humorystyczne zakątki. To dalej nie jest szczyt scenariuszowego wysublimowania, ale teenage drama z Burtonowskim twistem, natomiast rozgościłam się w bohaterach i historii na tę chwilę przed zamknięciem sezonu cliffhangerem. To teraz kolejne 2 lata czekania czy coś? Oglądanie seriali to bardzo niewdzięczne zajęcie i to piszę to też jako obserwator cotygodniowej piątkowej gorączki związanej z nowym odcinkiem The Pitt (a do tego tematu w swoim czasie jeszcze wrócimy). Z innych: jest dużo bardziej campowo, więcej jest też rodziny Addamsów w całej swojej dziwaczności, wreszcie wrócili ciekawi bohaterowie z poprzedniego sezonu (Principal Weems!) a inni dostali więcej sceny na pokazanie swoich osobowości. Summa summarum: całkiem spoko rzecz, choć przyda się wyższa tolerancja na horror i zombie niż moja 😂

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz