piątek, 24 lipca 2026

Zrzut #24

Kwartał zleciał nie wiadomo kiedy. Ale jest środek lata gdy wrzucam ten post, a długie dni dają takie fajne uczucie przestrzeni, na zewnątrz, bo aż chce się łazić, ale też w głowie, która jakoś chętniej przyjmuje rozmaite treści. Without further ado…

Strip down, rise up
Netflix

Ten dokument był na mojej liście “do obejrzenia” od chwili pojawienia się na Netflixie i odbicia się szerokim echem w pole dance’owym światku. I tym samym już 5 lat później dogoniłam ten autobus. O co zatem poszło? W studiu “S Factor” rozpoczyna się kurs początkujący emm... czegoś. W każdym razie w salce są rurki, a kobiety w różnym wieku mają na zajęciach odkryć swoją stłamszoną kobiecość, wyzwolić swoją wewnętrzną siłę, zrzucić bierzmo patriarchatu etc. Szybko się okazuje, że większość bohaterek ma za sobą traumy na tle seksualnym, a zajęcia są quasi grupową terapią mającą pomóc je przepracować i zostawić za sobą.

Tego wywlekania bólu i rozmawiania o nim jest naprawdę dużo, momentami oglądanie dokumentu robiło się aż nieznośne, bo to cierpienie w entourage'u reality-show, za często bardziej cringe’owe niż poruszające. Ta historia jest przeplatana jeszcze kilkoma innymi wątkami. Są opowieści artystyki aerialowej o tym jak ona zainspirowałą się stripteazerką Panterą i zaczęła lata temu uczyć sztuczek, oraz całym wątkiem Amy Bonds, doświadczonej pole dancerki, zawodniczki i trenerki. Opowieść o historii sportu, jego obecnej postaci, tego jak one go interpretują, triki pokazywane przez te dziewczyny, to jest totalnie highlight filmu. Gorzej, że jego główną osią jest ckliwie opowiedziana historia o ofiarach i to nieszczęsne studio. Wspomniałam o rurkach i tak, uczestniczkom kursu zdarza się na nie wejść, natomiast to bardziej przypomina miotanie się po podłodze / ścianie / wokół rurki w koronkowej bieliźnie niż pole dance, w który ja wsiąkłam.


The Pitt, sezon 1
HBO

I znowu sobie to zrobiłam, tj. oglądałam serial na rozciągnięte raty. Już pierwsze odcinki The Pitt dobrze wchodziły, ale jednak dopiero gdy nakręciła się fabularna sprężyna, utknęłam na dobre. Troszkę o generalnym kontekście: to serial o SORze w szpitalu w Pittsburgu. Epizody to kolejne godziny pracy dziennej zmiany i już sam fakt, że robota trwa 12 godzin, a odcinków jest 15, sugeruje, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Powiedzmy z grubsza, że ta cebula ma trzy warstwy: pacjenci, personel i medycyna.

Przypadki są rozmaite, zazwyczaj rozwiązują się dłużej niż 1 odcinek, a równolegle mamy kilkanaście “wlokących” się spraw. Przełączamy się między nimi w zabójczym tempie. Są ludzie o rozmaitym statusie, przekonaniach, potrzebach i oczekiwaniach. Byli tacy, co ich miałam ochotę walnąć i tacy, za którymi zamykały się drzwi a ja w duchu ich dopingowałam, aby wszystko dobrze się skończyło. I to by nie wystarczyło, gdyby nie cała ekipa grająca personel szpitala: mnóstwo świetnie napisanych i zagranych postaci, każda stanowiąca swój własny mikrokosmos. Mam crasha na dr. Franka Langdona, uwielbiam Danę Evans, dr. Robby to ordynator o jakim marzyłby każdy oddział szpitalny, fabularny czy realny, a Dennisa Whitakera bardzo chciałam przytulić. Każdy bohater sam w sobie to perełka, do tego z cudownie rozpisanymi, wielopoziomowymi relacjami z całą resztą. Whoosh, totalny sztos.

Co uderza w ostatni element: medycynę. Lekarzem nie jestem, więc mogę jedynie powiedzieć, że wyglądało to realistycznie: procedury, badania, ciągłe czekanie na coś, krew, flaki, niepewność, czasem porażająca bezradność. Momentami poziom ogaru personelu szpitala ociera się o competence porn, zwłaszcza gdy wjeżdża dr Abbott z mentalem prosto z frontu, a lekarze zaczynają mcgayverować kończący się sprzęt… ale wybaczę im to, bo to wciąż zajebiście dobrze wymyślony, zrealizowany i zagrany serial dramatyczny. Sezonie drugi, nadchodzę!

The Mind Illuminated
John Yates

I kolejna pozycja w ramach próby zdealowania z backlogiem. Do medytacji miałam sporo podejść na przestrzeni ostatnich kilku lat. Próbowałam z Headspace, próbowałam Insight Timerem, i choć jestem głęboko przekonana o jej pozytywnych wpływie na głowę, nie udało mi się zbudować trwałego nawyku. Znajomy zdecydowanie bardziej zaawansowany w siedzeniu na poduszce polecił mi tę pozycję i... whoa!

The Mind Illuminated to przede wszystkim “świecki” podręcznik medytacji. Podzielony na 10 etapów, ze szczegółowym opisem technik medytacyjnych, pojawiających się przeszkód, propozycji ogrania ich, aby wciąż przeć do ścieżce do... no właśnie, czego? Obserwowanie własnego oddechu z uporem maniaka okazuje się być drogą do lepszego poznania mechanizmów umysłu, a Yates, jako doktor neuronauki, wprowadza między kolejne etapy coraz bardziej złożone modele jaźni, stanowiące podstawę do dalszej pracy. Podręcznik wrzuca tylko tyle buddyjskiej filozofii, ile to niezbędne dla stworzenia kontekstu, czyniąc lekturę przystępną dla mnie, człowieka pozbawionego genu religii. Czy po lekturze zaczęłam medytować? Nie, ale czuję się dużo bardziej komfortowo z tym pomysłem aby ustawić timer na 10 minut, zamknąć oczy i zacząć słuchać świstu powietrza w nosie.

Z kontrowersji to są dwie. Pierwsza jest taka, że przy końcówce książka jednak nieco odlatuje. Kolejne rozdziały stają się coraz bardziej “hermetyczne”, nagromadzają się terminy odnoszące do kolejnych praktyk i doświadczeń. To jeszcze wzięłam na klatę. Podręcznika do algebry też nie da się czytać od środka. Przy dodatku odnośnie “Jhāna” (medytacyjny stan “flow”) mowa jest jednak o telepatii i słyszenia / widzenia świata zmysłami innych. Em.. no ok. Druga kontrowersja to taka, że pod koniec życia Yates został oskarżony o zdradzanie żony i usunięty z funkcji dyrektora buddyjskiej fundacji, którą założył. Em... ok. Wciąż spróbuję zastosować jego rady aby ułożyć sobie praktykę, a moralne rozkminki zostawię na moment, kiedy zacznie mi to przeszkadzać.

Odyseja
reż. Christopher Nolan

A to był z kolei spontan. Znajomy K. rzucił, że idzie w niedzielę o 10, a ja lubię i Grecję, i Nolana, to poszłam... i dowiedziałam się czemu tak mało ludzi chodzi do kina rano. Po spędzeniu blisko 4h w ciemnościach, z których poszliśmy siedzieć w knajpie w kącie bez okna, miałam poczucie, że cały dzień mi mignął. Ale do rzeczy. Odyseja jest piękna. Już od pierwszego kadru, gdy stary Odyseusz idzie bezludną plażą, aż do ostatniej sceny zachodu słońca. Otwierają ją słowa “w czasach, gdy rzekomo istniała magia” i tej realistycznie, naturalistycznie ujętej magii jest tu dużo, w końcu Odyseusz spotyka na swojej drodze rozmaite potwory a towarzyszy mu Atena. To pierwszy wątek, epicki (czasem nieco nieznośnie) epos z coraz wyraźniej przebijanym wątkiem traumy i odkupienia. Odyseusz nie tylko wraca do domu, on przed sobą i swoimi zbrodniami ucieka.

Drugi wątek to Telemach, syn oczekujący ojca, który bierze na siebie odpowiedzialność za przyszłość Itaki. Obserwujemy dojrzewanie młodego mężczyzny, stającego się równoważnym bohaterem opowieści. Jest fabuła jest prowadzona achronologicznie. Upadek Troi zobaczymy wielokrotnie, z różnych perspektyw, z różnymi emocjami, a płonący koń nabiera ciężaru znaczeń. Ja jestem z tych, co łatwo poruszyć historiami, i podczas Odysei nie raz nie dwa wyciągnęłam chusteczkę (jest osobny krąg piekła dla ludzi, którzy męczą pieski... skurwiele). Nom, to zgrabnie opowiedziane, nieco patetyczne miejscami, hollywoodzkie super widowisko.

No bo ciężko też nie wspomnieć o castingu, gwiazdorskim. Dobrze wszedł. Mogłabym wymieniać bez końca i wzdychać do kolejnych postaci, ale skoncentruję się na dwóch rzeczach. Robertowi Pattinsonowi cholernie do twarzy w roli skurwysyna. A babeczki w tej interpretacji klasyki wymiatają. Jest Penelopa, z zimną desperacją próbująca ograć patriarchalne zasady, jest Kirke, przewrotna ale mądra, jest Atena spojrzeniem wyrażająca więcej niż słowami. Długi to był seans, ale poruszający i zapadający w pamięć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz