czwartek, 27 października 2016

„Psu w dupe” – powtórzył Szarlej

Zacznę osobiście. Długie 9 miesięcy bez pisania. Bo pisanie larpów, bo granie larpów, bo projektowanie, bo zmiana pracy na zdecydowanie bardziej intensywną, bo robienie rzeczy, wyjeżdżanie, spotykanie, bieganie, ćwiczenie z Ewą, bo góry i nie wiem co jeszcze. Nie narzekam. Ale też nie piszę i mało czytam.

Więc Narrenturm słuchałam i słuchałam długo, bo dwadzieścia kilka godzin porozbijanych na te długie wybiegania*, kiedy akurat miałam ochotę na fabułę, a nie leniwe „obracanie” myśli w głowie. A Sapkowski nie ułatwia, bo to powieść masochistyczna. Główny bohater, chociaż inteligentny, jest całkowicie nieogarnięty. Mówiąc wprost – jest totalną dupą wołową. Fabuła to metodyczne spuszczanie mu łomotu, na który sam sobie uczciwie zapracowuje spektakularnym zjebaniem wszystkiego, co było do zjebania. Od podrywania mężatek przez angażowanie się w bójkę nie po tej stronie, lekkomyślne obietnice, bezrefleksyjne paplanie jęzorem, niezborne szpiegowanie… Był wszędzie. Wieszany, w więzieniu, w psychuszce, w pałacu biskupim i zajeździe zdrajców i wierz lub nie, naprawdę nigdy nic nie poszło po jego myśli. Czytasz całą tę epicką epopeję i w końcu masz ochotę udusić tego niereformowalnego idiotę, romantyka, magika, medyka, niechże wreszcie da ci święty spokój i zrobi pole dla pozostałych bohaterów.


A tych jest tylu, że aż. Szarlej, Samson Miodek, Urban Horn i cała plejada charakternych dziewczyn. Mając 13 lat na liczniku marzyłam, aby zostać Ciri, teraz, gdy niedługo zamienię cyfry miejscami, damskie bohaterki Sapkowskiego są wciąż tak samo wkręcające**! Obok tego niezdary Reynevana błyszczą elokwencją, ciekawymi osobowościami, niejednoznacznością motywacji. Niestety toczą też ze sobą długie, dłużące się, dyskusje. O ile jeszcze w Lodzie, jakoś trzymałam rękę na pulsie trzydziestostronicowej rozmowy, w której bohater przedstawiał dowód swojego nieistnienia, tutaj polityczno-religijne dywagacje męczyły, na dokładkę przeplatane wiadrami makaronizmów i łacińskich sentencji***. I to mimo języka Sapkowskiego, bo frazę on ma niesamowitą. Odwalił kawał tytanicznej roboty, przygotowując się merytorycznie do pisania powieści… ale to jeszcze nie znaczy, że musi się ze mną niuansami swojej wiedzy dzielić. Jednak gdy przyjdzie do opisów potyczek, ucieczek, aż wiatr rozwiewa w leksykalnym pędzie włosy. Do tego ostry jak żyleta, ironiczny humor i nieco pieprzu. Powieść napisana jest arcymistrzowsko i dla co niektórych, soczystszych kawałków, już warto czytać.

Słowem podsumowania: Będę czytać dalej, licząc na to, że wreszcie ten patałach padnie…

Z recenzenckiej powinności: akcja toczy się na Śląsku w XV wieku, a tłem (a z czasem i lejtmotywem wydarzeń) jest rebelia husycka w Czechach. Późno średniowieczny Śląsk to tygiel kulturowy, który Sapkowski ubarwił jeszcze dodatkowo odrobiną fantastyki. Przyjmuje ona tutaj postać nienachalną, delikatną. Jest wpisana w niesamowitość tamtego czasu, wiarę w siły nadprzyrodzone, niezrozumiałe prawa przyrody tłumaczone magią, plus kilka dziwacznych stworzeń. W ramach fabuły – w sumie już to powiedziałam – Reynevan jeździ po Śląsku i dostaje w dupę.

O audiobooku: odpada tyłki. Konieczność, nawet jeśli jesteś hobbystą i entuzjastą liter.

* To taki eufemizm na umieranie w biegu przez kilkanaście km.
** I teraz będę niczym Nikoletta hasać z mieczem na koniu po łąkach. Tak.
*** Bez tłumaczeń. Można było po Coś się kończy, coś się zaczyna przywyknąć, ale powiedzmy, że lubię wiedzieć, co czytam, a zmuszanie mnie do googlowanie tego na okrągło to jednak jakaś próba wjeżdżania mi na inteligencję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz